Dzisiaj był śliczny dzień. Piękne słoneczko, umiarkowanie ciepło. Dobry dzień na, jak to ujął sąsiad z piętra Kuba, outdoor activity. Caleb z Włosem wymyślili, że koniec z tym gniciem i stagnacją - jedziemy obejżeć plażę. Port już oglądaliśmy. Jest brzydki choć być może urokliwy dla fanów indutstrialnych klimatów (tu całusy dla mojej Baby). O plaży słyszeliśmy tyle, że jest i jest nawet dość fajna. Ach… i miały na niej występować panie bez górnej części bielizny. Oczywiście co jak co, mnie to kompletnie nie interesowało. Początek dnia ogólnie nie był najlepszy. Prześladuje mnie fatum jakoweś. Jak wczoraj wieczorem wracałem do akademca to nasze zbiórkowe piwo (cholera… o tym też nie było słowa na blogu) było owszem, ale nie w lodówce. Ciepłego nie lubię więc obszedłem się smakiem. Dobra stop… wyjaśnię co z tym piwem.
Nasze piętro jest całkiem fajnie zorganizowane w niektórych kwestiach. Ktoś kiedyś wymyślił (i chwała mu za to), że piwo lubi 99,(9)% braci studenckiej więc warto by jakoś uprościc system jego nabywania. Mamy więc piętrowe zrzutkowe pieniądze, z których powstaje jakaś suma operacyjna. Z nich są nabywane wszelkie inne wspólne rzeczy typu papierowe ręczniki, płyny do zmywania naczyń, myjki. Szczytniejszym ich przeznaczeniem jest jednak kapitał jaki stanowią, można go bowiem wykorzystać na zakup duuużej ilości piwa (dużej znaczy 3-5 skrzynek). Piwo tak zakupione jest dostępne dla każdego po uprzednim zakrzyżykowaniu odpowiedniej kratki na równie odpowiedniej karteczce. Co jakiś czas karteczka ta służy do rozliczenia piwosza z jego spożycia. Prawda, że piękne? Jedyny kłopot to uzupełnianie lodówki. Nikomu się tego chyba nie chce robić. Wróćmy więc do historii…
Wczoraj się nie napiłem bo w lodówce zobaczyłem jedynie białe ściany i krateczki. Wsadziłem więc z 10 kolejnych butelek z nadzieją na lepsze jutro. Dzisiaj wstaje sobie radośnie o trzynastej, widze uśmiechnięte mordy popijające piwo, myślę sobie - też bym chętnie usta zmoczył. Ide do lodówki i co widzę? Nic nie widzę…. No więc sami widzicie… pecha mam i tyle.
Zostawmy już to piwo. Pojechaliśmy rowerkami w kierunku plaży. Zawadziliśmy przy okazji o jeden z nielicznych czynnych w niedzele marketów i nabyliśmy w nim dwa wina w kartonie. Niestety były wytrawne więc kwas jak sto diabłow. Natomiast ich zaletą była cena. Tu ciekawostka, ile kosztuje tanie wino w Danii? Jest lepiej niż by się mogło zdawać ale oczywiście paskudnie jak się wspomni Polszę. Najtańsze ścierwo znaleźliśmy za 18 koron. Czyli jakieś 9 zł. Zaopatrzeni w takie wynalazki pomknęliśmy ku przygodzie. Nie sposób opisać różnorodność krajobrazów jakie mijaliśmy, choć to może zabrzmi śmiesznie. Zaręczam jednak, że Aarhus może zaskoczyć. Tak jak zaskoczyło mnie pod koniec trzeciego tygodnia bytowania tutaj. Po pierwsze ku mojej uldze znaleźliśmy w końcu miejsca gdzie przyroda wygląda jak przyroda. Gdzie po trawie nie przejechał 2 dni temu traktorek - kosiarka, gdzie drzewo ma więcej niż 7 metrów. Tutaj naprawdę jest problem z takimi widokami. Czasami ma się wrażenie, że oni to zbudowali 10 lat temu na wielkim trawniku i dopiero zaczynają sadzić jakieś drzewka. Znaleźliśmy też stadion na którym coś się aktualnie odbywało. Pewnie mecz bo słychać było “bum bum bumbumbum … Denmark”. Warto wspomnieć, że dookoła chodzili normalni ludzie a policja raczej ziewała i była dla zasady. Innymi słowy tutejsi nie potrafią się bawić. Kolejnym przystankiem był obszar już tradycyjnie wykoszony wg duńskich standardów ale… po prostu piękny. Duży, zielony, pełen rozbrykanych dzieci i z morzem na horyzoncie. Naprawde jak w bajce. Gdzieś tam nadzialiśmy się na dziwaczną arenę-pomnik zapewne jakiś walk z drugiej wojny światowej. Pal licho co oni tam opłakiwali w tych płaskorzeźbach i płytach pełnych napisów, echo tam było prawdziwie zaskakujące. Nagrałem pare filmów, niestety z tego co już sprawdzałem nie udało się uchwycić tego brzmienia. W każdym razie niesamowicie silny pogłos.
Trochę nas od tego oglądania i jeżdżenia zasuszyło więc pojechaliśmy prosto nad brzeg i rozsiedliśmy się przy winie. I to był początek dziwnych wydarzeń. Trudno orzec czy w tym winie było coś tajemniczego ale po niedługiej chwili podlazł do nas Duńczyk i oznajmił, że ma kurtkę i chce ją komuś dać. Caleb kurtki nie wziął ze sobą i odkąd przyjechał dulczy, że musi jakąś kupić. Fart? Być może. Facet przysiadł się do nas. Raczej sporych gabarytów człowiek. Z opowieści, które zaczął snuć jeden z tych mądrych co najwyżej doświadczeniem. Ot kiedyś handlował lodami na plaży. Interes nie szedł więc poszedł w wielki biznes. Dzisiaj sprzedaje do spółki ze swoim przyjacielem używane graty bogaczom z Afryki. Ładuje co jakiś czas wielki kontener śmieci, które naprodukowało duńskie społeczeństwo i śle to na południe. Oni mają niby świra na punkcie wyposażenia kuchni. Co by im nie pokazać to chcą kupić. Głównie lodówki (no tyle to akurat mogę zrozumieć, zimne piwo w Afryce musi smakować). Gdzieś tam w międzyczasie napomknął o robocie dla nas. Czy coś z tego będzie i czy nam ta robota będzie odpowiadać czas pokaże. Telefon w każdym razie zostawiliśmy.
To jednak nie konieć przygód przy winie. Wysączyliśmy w towarzystwie wielkiego Duńczyka kolejnych parę łyków i przypałętała się kolejna osoba. Tym razem polka - Alicja. Na oko 45 lat (komplemenciarz ze mnie), niewysoka, dużo gada, w razie kontaktu przez dłużej niż 5 godzin jak najszybciej przepłukać zołądek setką wódki i zgłosić się do lekarza (najlepiej psychiatry). Kobita jest przesympatyczna choć zdecydowanie nie do końca normalna wg polskich standardów. Na dzieńdobry zaczęła nas namawiać na kąpiel w morzu. Nie wiadomo czemu bardzo często zdażało jej się wspominać o zaletach czynienia tego nago. Była jednak niezwykle miła i, co istotne, mówiła po polsku więc prościej się było dogadać. Poszliśmy więc z nią w to jej wystrzałowe miejsce. Nikogo chyba nie zdziwi, że nad morzem to raczej pizgało. Jednak faktycznie Alicja nie kłamałą. Ludzie się tam kąpali. Jak wchodziliśmy na molo, z którego była drabinka w sam raz do schodzenia do wody, właśnie wycierała się na nim inna fanka zimnej wody. Tu ciekawostka, co chwila świeciła biustem i najwyraźniej wcale jej to nie przeszkadzało. Nie możemy tego potwierdzić ale z opowieści Alicji i domysłow co do wycierającej się pani wynika, że przebywanie tu topless jest równie normalne jak na ciepłym południu.
Wleźliśmy do wody. Była zimna jak ścierwo. Włos wymiękł pierwszy, Caleb nawet nie spróbował spróbować. Jednak po wyjściu obaj byliśmy z Włosem zadowoleni. Jeśli tylko nie złapiemy przeziębienia to uważam, że warto było. Alicja twierdzi wręcz, że same dobre rzeczy z tej kąpieli wynikną. Ona bowiem leczy w ten sposób swój reumatyzm i inne cuda.
Po kąpieli nasza nowa znajoma postanowiła nas pooprowadzać po okolicy. To był naprawdę miły zbieg okoliczności znaleźć taką osbę. Bez niej pewnie wiele byśmy ominęli. Zaprowadziła nas do pewnego rodzaju parku gdzie jakieś jeleniowate zwierzątka łaziły samopas. Przyjmijmy, że to były sarny. Można było je dosłownie karmić z ręki. Chodziły po okolicy jak psy. Biegały dookołą, czasem przychodziły same i zaczepiały. Pierwsze wrażenie było naprawde niesamowite. Miały być jeszcze dzikie świnie ale były odgrodzone i tak daleko, że nic nie było widać.
Po tylu wrażeniach jednego dnia zaczeliśmy marudzić co by wracać. Alicja stwierdziła więc, że pokaże nam lepszą drogę. Pojechaliśmy więc kolejnym parkiem. I tu kolejne zaskoczenie. Wokół Aarhus są naprawde ogromne tereny rekreacyjne. Dwa wielkie stawy powstałe przez spiętrzenie przepływającej w pobliżu rzeki. Przepiękne, dobrze utrzymane ścieżki rowerowe dookoła. Zdecydowanie milsza trasa niż ta którą pokonaliśmy z akademika. Powoli jednak zaczęliśmy odczuwać zmęczenie Alicją. Jej chęć pokazania nam wszystkiego począwszy od jabłuszek przy drodze, przez kaczuszki, wieżę widokową po biały kościólek i ośrodek sportowy zaczęła stawać się koszmarem. Kuriozum nastąpiło gdy specjalnie zjechaliśmy w dól by zobaczyć… zachód słońca nad jeziorem. Byliśmy już totalnie głodni i dość mocno zmęczeni całym dniem i doprawdy zachód mieliśmy w dupie, Caleb nawet go nie widział bo został na górze. Szczęśliwie jakoś dotarliśmy do akademika. Najedliśmy się przy tym strachu bo Alicja jechała z nami do samiutkiego końca. Wjechała z nami na teren osiedla akademickiego i zaczeliśmy się obawiać, że zechce wejść z nami na piętro. Doprawdy nie wyobrażam sobie co byśmy wtedy zrobili. Dzięki bogu obyło się bez tego. Za to dostaliśmy pouczenie, że należy używać światełek przy rowerach bo policja może wlepić nam mandat a poza tym stanowimy zagrożenie dla otoczenia. Warto tu dodać, że Alicja to urodzona przedszkolanka. Podczas całej tej wycieczki opowiadała nam jak małym dzieciom co trzeba, czego nie wolno, na co zwracać uwagę. Myślę, że po dzisiaj już nic nas nie zaskoczy. I tym to miłym akcentem kończę relację z dzisiaj. Dobranoc moje dzieci :]