Wtorek… (zaczynam mieć problem z wymyślaniem tematów)

Category: Duński dziennik
Date: September 6th, 2006

Byliśmy na drugich zajęciach z Computer Networking. Przyszedł inny człowiek, niestety zmianę oceniam na minus. Ciężko go było zrozumieć i mial nowiusieńkie buciki, które kuriozalnie skrzypiały przy każdym jego kroku. A ponieważ należał do ludzi ruchliwych wprawiał mnie w okrutne (choć zaskakujące) rozdażnienie. Przetestowałem, że można się bez problemu łączyć z netem na auli. Jest wszystko co trzeba: gniazdko do netu i prądu. Jak ktoś ma wifi i dobrą baterie to może sobie pogrzebać w sieci bez żadnych kabli, w całym budynku jest sieć bezprzewodowa. Jednym słowem nowoczesność w domu i zagrodzie. Biedny student nie musi już grać w kropki, rysować komiksów czy dłubać w nosie na nudnych wykładach. Może sobie popodrywać gówniary na czacie albo zagrać partyjke swojej ulubionej gry (czyli oczywiście Quake’a). Wieczorem wyszliśmy na miasto. W ?Student Aarhus? odbywała się cotygodniowa impreza dla (teoretycznie) studentów z wymiany. Fajnie to tam nie było bo piwo po 12zł (i to już przy zniżce) i zdecydowanie za dużo Duńczyków. Nawet frontman przygrywającej kapeli zagadywał publikę po duńsku. Ach… i mieli trambambule za całe 5 koron. Rozbój w biały dzień, wszak u nas na wydziale jest za darmola. Poza tym nic się tam nie działo, od taki zwyczajny wypad do pubu. Wracaliśmy taksówką. Największą jaką miałem kiedykolwiek okazje. Po prawdzie to był taki bus. Ale w praktyce się opłaciło bo wrociliśmy za cenę jednego piwa (tego za 12 zł). Na miejscu dobiliśmy się wódeczką. W sumie nie miał to większego sensu ale kto mówi, że w ogole picie ma jakiś sens.

Aukcja policyjna - wielki sukces naszej paczki.

Category: Duński dziennik
Date: September 6th, 2006

Hurrrraaaa! Mamy rowery. Byliśmy na aukcji i wróciliśmy z tarczą. Ale od początku bo ta aukcja to chyba dość ciekawa sprawa. Wszystko zaczęło się o 12. Pojechaliśmy tam z Włosem i Nicolasem. Caleb z Ianem dotarli po drodze. Warto tu nadmienić, że aukcja choć niby policyjna nie odbywała się na terenie żadnego komisariatu i po prawdzie to nikt tam nie wyglądał na policjanta. Byliśmy raczej wcześnie i przez moment zdawało się, że chętnych jest niewielu. Jednak pare minut przed 12 pod wejściem do swego rodzaju piwnicy gdzie się cała ta impreza odbywała był już całkiem niezły tłum. Po wejściu opadły nam szczęki. Rowerów było prawie 300. I godzinka na to żeby je obejżeć. W dodatku były ztłoczone w paru rzędach na bardzo małej powierzchni, jeden koło drugiego. Bardzo często nie można było nawet sprawdzić czy hamulce działają bo kierownice były przedziwnie posplatane ze sobą. Duża część to był zwykły złom. Tych lepszych było na tyle mało, że obawialiśmy się o ceny. Ludzie łazili sobie po nogach, tłok jak cholera. Spotkaliśmy paru Polaków. Nawet dwóch z naszego wydziału choć nie wiem czemu ich do tej pory nie widzieliśmy. W końcu aukcja się zaczęła i oczywiście prowadzący ją człowiek mówił głównie po duńsku. Niby coś tam wytłumaczył na dzień dobry, niby czasem podał cene po angielsku ale przez większość czasu nie było wiadomo nawet który rower jest licytowany. Gdyby nie Ian mielibyśmy duże problemy. Pierwszy rower (numer 11) kupiliśmy bardzo szybko. Poszedł za 450 dkk. Co prawda doliczyć należy 25% jakiegoś durnego podatku ale i tak cena wydaje się rozsądna bo rowerek jest niczego sobie. Drugi rower natomiast to kompletny zbieg okoliczności. Ian, który licytował dla nas wybrane numery rowerów w pewnym momencie źle zrozumiał sytuacje i myślał, że wystawiony na widok rower jest właśnie licytowany a cena była bardzo okazyjna (chciał go zasadniczo dla siebie). Wylicotował i sie zdziwił bo tak naprawde wygrał rower bez przedniego koła. Sprawa jakkolwiek komiczna nie jest wcale dla nas taka zła bo cena tego wybrakowanego egzemplarza wyniosła 150 dkk a koło w sumie mamy. Poza tym reszta roweru prezentuje się zdecydowanie powyżej panującej tam przeciętnej. Francuz Nicolas też się nie obijał. Sam wylicytował za 450 dkk jeden z pierwszych niezłych rowerów. Nieźle nas tym zaskoczył bo wyglądał na całkiem niezorientowanego w sytuacji.

Francuz miał pecha jakich mało. Pojechał sobie załatwic numer CPR (taki duński pesel) swoim nowiutko zakupionym rowerem, wszedł na kilkanaście minut na stołowkę i zgadnijcie co? Zapewne już wiecie bo przecież jesteście z Polski. I każdy Polak wie co się w takich sytuacjach dzieje. Gdy nasz biedny Nicolas wyszedł na zewnątrz po rowerze nie było śladu. Nic tylko jakiś nasz ziomek musiał być w pobliżu.

U Ian’a w domciu

Category: Duński dziennik
Date: September 7th, 2006

Wow… Ian (nasz mentor) to jednak niesamowicie miły człowiek. Umówiliśmy się z nim na 12 na przystanku autobusowym. Ja pojechałem rowerem taszcząc koło na kierownicy, Caleb miał zabrać się autobusem razem z naszym pozbawionym koła rowerem. Plan był świetny, niestety realizacja legła w gruzach przez podłych kierowcow autobusów. Nie chcieli wpuścić Caleba do srodka, bodajże 2 razy pod rząd. Ian postanowil wiec, że ja poczekam a on pojedzie po Caleba. Zostawił mnie samego u siebie w mieszkaniu a żebym się nie nudził włączył mi laptopa z kupą muzyczki. Przesmympatyczna historia.

Wkrótce dotarli razem ze znajdującym się na granicy rozstroju nerwowego Calebem. Żeby praca przebiegała gładko rozpoczeliśmy ją od piwka. Przy okazji dzięki Ian’owi mamy możliwość spróbowania troche lepszych browarów niż te które sami pijemy. Pewnie byśmy ich w życiu nie kupili bo są jednak 3 razy droższe a nawet lepiej. Gdzieś tam w międzyczasie pojawił się Włos dzielnie studiujący mądre rzeczy od rana. Mogliśmy więc przystąpić do dzieła tworzenia. Jak to wyglądało i którą śrubkę czy jakie zębate kółeczko odkręcaliśmy opisywać chyba nie ma potrzeby. Warto natomiast zaznaczyć, że nasze rowery wyglądają teraz znacznie lepiej. Musieliśmy jednak dokupić łańcuch do tego bez koła (już teraz z kołem). Wywaliliśmy na to całe 100 koron. Ile przepłaciliśmy wie jedynie sprzedawca. Cena miała być bowiem najpierw 75. Po chwili się okazało, że zasadniczo to musimy wymienić pół roweru razem z łańcuchem. Gdyśmy jednak stanowczo zaoponowali łańcuch zdrożał (oficjalnie za 75 to był inny niepasujący).

Po dobrze wykonanej robocie po raz kolejny Ian zaskoczył nas swoja gościnnością zapraszając nas na jedzonko. Przy tej okazji zaznajomiliśmy podniebienia z typowym kanapkowym patentem duńczyków. Jest to znana wszystkim z fastfood’ów prażona cebulka i pewien specyficzny rodzaj sosu do kanapek. Coś jakby taki majonez. Z całą pewnością jest to pyszne. Kupiliśmy już sobie taki zestaw.

Warto tu nadmienić, że charakter Ian’a nie jest typowo duński. Ale też i on sam jest made in Canada. Dokładne koneksje rodzinne są u niego dość zagmatwane. Zasadniczo siedzi w Danii ale urodził się w Kanadzie. Nie liczcie jednak na tak miłe gesty ze strony rodowitych Duńczyków.

Nuudy…

Category: Duński dziennik
Date: September 8th, 2006

Tego dnia naprawde nic się specjalnego nie wydarzyło. Od rana compiling. Ledwo na niego dojechałem. Wszystko przez to, że wymyśliłem sobie “skrót”. A w Aarhus coś takiego po prostu nie istnieje. Wpierdzieliłem się w jakieś idiotyczne uliczki. Po chwili nie miałem już pewności czy jade w dobrą stronę. W dodatku miasto to leży na obrzydliwie pofalowanym terenie. Ciągle jakieś górki i dołki. Więc trzeba się nieźle napocić na rowerze jak się źle pojedzie.

Wpadliśmy do lokalnego koordynatora załatwić zmiany w Learning Agreement. Wpadliśmy i go nie zastaliśmy. Za to zostawiliśmy (jezu ile rymów) papiery do podpisania. Caleb z Włosem pojechali załatwić dla naszej paczki karty Student Aarhus. Dzięki nim teoretycznie będziemy mieć tańsze piwko w wybranych pub’ach.
Przyszły nam “permission to stay”, czyli dokumenciki potwierdzające, że nas tutaj chcą. Dopiero teraz możemy się starać o CPR - numer bez którego się tu nie istnieje. Formalności związane z jego uzyskaniem będziemy mogli jednak dopełnić dopiero w poniedziałek. A potem zapewne kolejny tydzień oczekiwań. Innymi słowy nie prędko uda nam się tu znaleźć wytęsknioną robotę na mopie.

Czemu na mopie spytacie drogie dzieci? Bo tu nikogo nie obchodzi, że coś umiemy skoro po duńsku ni w ząb. Tak czy inaczej inni polscy studenci utrzymują, że ze szmaty można przyzwoicie egzystować. Troche to nie tak jak sobie wyobrażałem. Raczej myślałem, że już na dworcu przywita nas pan z firmy IBM i zaprosi do podstawionej limuzyny. No cóż, nie wiedzą co tracą. Kit im w oko.

Paczka od kobity… :]

Category: Duński dziennik
Date: September 9th, 2006

Dostałem od kobity paczkę. Ale od początku. Pojechałem na dworzec ją odebrać. Najtańszy i chyba najszybszy sposób wysyłania czegokolwiek do Danii. Płaci się 30-40 zł i następnego dnia jest już w Aarhus. A wysłać można naprawde spory bagaż. Na dworcu natomiast można się zaznajomić z tą częścią duńskiej polonii, której nie poznacie w akademiku. Jak miał na imię człowiek o głosie Himilsbacha po operacji krtani nie pomnę. Wiem natomiast, że pracuje tu na budowie w firmie, która daje jedzonko, łóżeczko i dach nad głową dla niego i jego rodziny (sic!) i płaci mu 25 koron za godzinę (12 zł). Sama stawka raczej licha w porównaniu z minimalnymi stawkami w Danii ale jak sobie policzyć koszty utrzymania, które przy takim układzie odpadają to sprawa wygląda o wiele lepiej. Odczułem natomiast zdecydowaną niechęć do mentalności polaków. Jest w nas chyba coś co każe nam wyśmiewać się z innych. Widziałem to już u kierowcy autobusu, którym przyjechaliśmy do Aarhus ale dopiero u Polaków na dworcu zobaczyłem w całej okazałości. Cała rozmowa toczyła się wokół tego, że Duńczycy są tacy i sracy ale zawsze gorsi. Kobiety grube, faceci brzydcy. Oberwało się każdej niezbyt urodziwej kobiecie przechodzącej w pobliżu. Coś w tym jest nie tak. Przykro się tego słucha.

Spotkałem się na wydziale z Przemkiem i Lilą w sprawie Compiling. Udało nam się skompilować Hello World napisane w Javie. Rządzimy! Teraz pójdzie jak burza. A tak poważnie to zaczynam się ostro uczyć Javy bo nikt u nas w grupie jej nie umie za dobrze. Przemek i Lila już się zmyli a ja właśnie kończe uzupełniać dziury w Blogu. Japoński palacz też uciekł, znowu z nim wygraliśmy. Ale czy ja już o nim wspominałem? To taki skośnooki gość który tu siedzi zawsze przy tym samym komputerze od rana do wieczora. Wychodzi przy tym co 30 minut na papieroska. Warto nadmienić, że własnoręcznie je robi. Trudno mu się dziwić bo jakby miał kupować normalne to by pewnie z torbami poszedł. Kiedyś mnie zagadał i okazało się, że jest pracownikiem wydziału. Zadał mi wtedy zagadkę - czemu nie siedzi w biurze tylko tutaj. Otóż bidulek nie może tam palić. Musiałby łazić gdzieś daleko więc woli tutaj. Wystarczy 10 metrów spaceru i już może odpalać kolejnego ukochanego petka. Pali je przy tym w iście mistrzowskim tempie. Czasami mam wrażenie, że musi je sciągać na jednym wdechu.

Ach… i narozrabiałem z alarmem. Chciałem wyjść nieodpowiednimi drzwiami i zaczęło pipczeć. Po 2 minutach przyszedł duży pan i zaczął dociekać. Jak się przyznałem to wziął moje nazwisko i zapisał na jakimś ważnym papierku. Obiecał jednak, że to nic strasznego. Mam nadzieje bo jak do cholery mam wiedzieć, że tych drzwi używać nie wolno skoro napisali informacje po duńsku?

A co w paczce? Ech… nie będę się chwalił bo to nieładnie. W każdym razie dziękuje Słońce :*.

Cała niedziela przeje… zmarnowana.

Category: Duński dziennik
Date: September 10th, 2006

Dzisiaj był śliczny dzień. Piękne słoneczko, umiarkowanie ciepło. Dobry dzień na, jak to ujął sąsiad z piętra Kuba, outdoor activity. Caleb z Włosem wymyślili, że koniec z tym gniciem i stagnacją - jedziemy obejżeć plażę. Port już oglądaliśmy. Jest brzydki choć być może urokliwy dla fanów indutstrialnych klimatów (tu całusy dla mojej Baby). O plaży słyszeliśmy tyle, że jest i jest nawet dość fajna. Ach… i miały na niej występować panie bez górnej części bielizny. Oczywiście co jak co, mnie to kompletnie nie interesowało. Początek dnia ogólnie nie był najlepszy. Prześladuje mnie fatum jakoweś. Jak wczoraj wieczorem wracałem do akademca to nasze zbiórkowe piwo (cholera… o tym też nie było słowa na blogu) było owszem, ale nie w lodówce. Ciepłego nie lubię więc obszedłem się smakiem. Dobra stop… wyjaśnię co z tym piwem.

Nasze piętro jest całkiem fajnie zorganizowane w niektórych kwestiach. Ktoś kiedyś wymyślił (i chwała mu za to), że piwo lubi 99,(9)% braci studenckiej więc warto by jakoś uprościc system jego nabywania. Mamy więc piętrowe zrzutkowe pieniądze, z których powstaje jakaś suma operacyjna. Z nich są nabywane wszelkie inne wspólne rzeczy typu papierowe ręczniki, płyny do zmywania naczyń, myjki. Szczytniejszym ich przeznaczeniem jest jednak kapitał jaki stanowią, można go bowiem wykorzystać na zakup duuużej ilości piwa (dużej znaczy 3-5 skrzynek). Piwo tak zakupione jest dostępne dla każdego po uprzednim zakrzyżykowaniu odpowiedniej kratki na równie odpowiedniej karteczce. Co jakiś czas karteczka ta służy do rozliczenia piwosza z jego spożycia. Prawda, że piękne? Jedyny kłopot to uzupełnianie lodówki. Nikomu się tego chyba nie chce robić. Wróćmy więc do historii…

Wczoraj się nie napiłem bo w lodówce zobaczyłem jedynie białe ściany i krateczki. Wsadziłem więc z 10 kolejnych butelek z nadzieją na lepsze jutro. Dzisiaj wstaje sobie radośnie o trzynastej, widze uśmiechnięte mordy popijające piwo, myślę sobie - też bym chętnie usta zmoczył. Ide do lodówki i co widzę? Nic nie widzę…. No więc sami widzicie… pecha mam i tyle.

Zostawmy już to piwo. Pojechaliśmy rowerkami w kierunku plaży. Zawadziliśmy przy okazji o jeden z nielicznych czynnych w niedzele marketów i nabyliśmy w nim dwa wina w kartonie. Niestety były wytrawne więc kwas jak sto diabłow. Natomiast ich zaletą była cena. Tu ciekawostka, ile kosztuje tanie wino w Danii? Jest lepiej niż by się mogło zdawać ale oczywiście paskudnie jak się wspomni Polszę. Najtańsze ścierwo znaleźliśmy za 18 koron. Czyli jakieś 9 zł. Zaopatrzeni w takie wynalazki pomknęliśmy ku przygodzie. Nie sposób opisać różnorodność krajobrazów jakie mijaliśmy, choć to może zabrzmi śmiesznie. Zaręczam jednak, że Aarhus może zaskoczyć. Tak jak zaskoczyło mnie pod koniec trzeciego tygodnia bytowania tutaj. Po pierwsze ku mojej uldze znaleźliśmy w końcu miejsca gdzie przyroda wygląda jak przyroda. Gdzie po trawie nie przejechał 2 dni temu traktorek - kosiarka, gdzie drzewo ma więcej niż 7 metrów. Tutaj naprawdę jest problem z takimi widokami. Czasami ma się wrażenie, że oni to zbudowali 10 lat temu na wielkim trawniku i dopiero zaczynają sadzić jakieś drzewka. Znaleźliśmy też stadion na którym coś się aktualnie odbywało. Pewnie mecz bo słychać było “bum bum bumbumbum … Denmark”. Warto wspomnieć, że dookoła chodzili normalni ludzie a policja raczej ziewała i była dla zasady. Innymi słowy tutejsi nie potrafią się bawić. Kolejnym przystankiem był obszar już tradycyjnie wykoszony wg duńskich standardów ale… po prostu piękny. Duży, zielony, pełen rozbrykanych dzieci i z morzem na horyzoncie. Naprawde jak w bajce. Gdzieś tam nadzialiśmy się na dziwaczną arenę-pomnik zapewne jakiś walk z drugiej wojny światowej. Pal licho co oni tam opłakiwali w tych płaskorzeźbach i płytach pełnych napisów, echo tam było prawdziwie zaskakujące. Nagrałem pare filmów, niestety z tego co już sprawdzałem nie udało się uchwycić tego brzmienia. W każdym razie niesamowicie silny pogłos.

Trochę nas od tego oglądania i jeżdżenia zasuszyło więc pojechaliśmy prosto nad brzeg i rozsiedliśmy się przy winie. I to był początek dziwnych wydarzeń. Trudno orzec czy w tym winie było coś tajemniczego ale po niedługiej chwili podlazł do nas Duńczyk i oznajmił, że ma kurtkę i chce ją komuś dać. Caleb kurtki nie wziął ze sobą i odkąd przyjechał dulczy, że musi jakąś kupić. Fart? Być może. Facet przysiadł się do nas. Raczej sporych gabarytów człowiek. Z opowieści, które zaczął snuć jeden z tych mądrych co najwyżej doświadczeniem. Ot kiedyś handlował lodami na plaży. Interes nie szedł więc poszedł w wielki biznes. Dzisiaj sprzedaje do spółki ze swoim przyjacielem używane graty bogaczom z Afryki. Ładuje co jakiś czas wielki kontener śmieci, które naprodukowało duńskie społeczeństwo i śle to na południe. Oni mają niby świra na punkcie wyposażenia kuchni. Co by im nie pokazać to chcą kupić. Głównie lodówki (no tyle to akurat mogę zrozumieć, zimne piwo w Afryce musi smakować). Gdzieś tam w międzyczasie napomknął o robocie dla nas. Czy coś z tego będzie i czy nam ta robota będzie odpowiadać czas pokaże. Telefon w każdym razie zostawiliśmy.

To jednak nie konieć przygód przy winie. Wysączyliśmy w towarzystwie wielkiego Duńczyka kolejnych parę łyków i przypałętała się kolejna osoba. Tym razem polka - Alicja. Na oko 45 lat (komplemenciarz ze mnie), niewysoka, dużo gada, w razie kontaktu przez dłużej niż 5 godzin jak najszybciej przepłukać zołądek setką wódki i zgłosić się do lekarza (najlepiej psychiatry). Kobita jest przesympatyczna choć zdecydowanie nie do końca normalna wg polskich standardów. Na dzieńdobry zaczęła nas namawiać na kąpiel w morzu. Nie wiadomo czemu bardzo często zdażało jej się wspominać o zaletach czynienia tego nago. Była jednak niezwykle miła i, co istotne, mówiła po polsku więc prościej się było dogadać. Poszliśmy więc z nią w to jej wystrzałowe miejsce. Nikogo chyba nie zdziwi, że nad morzem to raczej pizgało. Jednak faktycznie Alicja nie kłamałą. Ludzie się tam kąpali. Jak wchodziliśmy na molo, z którego była drabinka w sam raz do schodzenia do wody, właśnie wycierała się na nim inna fanka zimnej wody. Tu ciekawostka, co chwila świeciła biustem i najwyraźniej wcale jej to nie przeszkadzało. Nie możemy tego potwierdzić ale z opowieści Alicji i domysłow co do wycierającej się pani wynika, że przebywanie tu topless jest równie normalne jak na ciepłym południu.

Wleźliśmy do wody. Była zimna jak ścierwo. Włos wymiękł pierwszy, Caleb nawet nie spróbował spróbować. Jednak po wyjściu obaj byliśmy z Włosem zadowoleni. Jeśli tylko nie złapiemy przeziębienia to uważam, że warto było. Alicja twierdzi wręcz, że same dobre rzeczy z tej kąpieli wynikną. Ona bowiem leczy w ten sposób swój reumatyzm i inne cuda.

Po kąpieli nasza nowa znajoma postanowiła nas pooprowadzać po okolicy. To był naprawdę miły zbieg okoliczności znaleźć taką osbę. Bez niej pewnie wiele byśmy ominęli. Zaprowadziła nas do pewnego rodzaju parku gdzie jakieś jeleniowate zwierzątka łaziły samopas. Przyjmijmy, że to były sarny. Można było je dosłownie karmić z ręki. Chodziły po okolicy jak psy. Biegały dookołą, czasem przychodziły same i zaczepiały. Pierwsze wrażenie było naprawde niesamowite. Miały być jeszcze dzikie świnie ale były odgrodzone i tak daleko, że nic nie było widać.

Po tylu wrażeniach jednego dnia zaczeliśmy marudzić co by wracać. Alicja stwierdziła więc, że pokaże nam lepszą drogę. Pojechaliśmy więc kolejnym parkiem. I tu kolejne zaskoczenie. Wokół Aarhus są naprawde ogromne tereny rekreacyjne. Dwa wielkie stawy powstałe przez spiętrzenie przepływającej w pobliżu rzeki. Przepiękne, dobrze utrzymane ścieżki rowerowe dookoła. Zdecydowanie milsza trasa niż ta którą pokonaliśmy z akademika. Powoli jednak zaczęliśmy odczuwać zmęczenie Alicją. Jej chęć pokazania nam wszystkiego począwszy od jabłuszek przy drodze, przez kaczuszki, wieżę widokową po biały kościólek i ośrodek sportowy zaczęła stawać się koszmarem. Kuriozum nastąpiło gdy specjalnie zjechaliśmy w dól by zobaczyć… zachód słońca nad jeziorem. Byliśmy już totalnie głodni i dość mocno zmęczeni całym dniem i doprawdy zachód mieliśmy w dupie, Caleb nawet go nie widział bo został na górze. Szczęśliwie jakoś dotarliśmy do akademika. Najedliśmy się przy tym strachu bo Alicja jechała z nami do samiutkiego końca. Wjechała z nami na teren osiedla akademickiego i zaczeliśmy się obawiać, że zechce wejść z nami na piętro. Doprawdy nie wyobrażam sobie co byśmy wtedy zrobili. Dzięki bogu obyło się bez tego. Za to dostaliśmy pouczenie, że należy używać światełek przy rowerach bo policja może wlepić nam mandat a poza tym stanowimy zagrożenie dla otoczenia. Warto tu dodać, że Alicja to urodzona przedszkolanka. Podczas całej tej wycieczki opowiadała nam jak małym dzieciom co trzeba, czego nie wolno, na co zwracać uwagę. Myślę, że po dzisiaj już nic nas nie zaskoczy. I tym to miłym akcentem kończę relację z dzisiaj. Dobranoc moje dzieci :]

Bez pracy nie ma kołaczy

Category: Duński dziennik
Date: September 13th, 2006

Trzeba by coś napisać. W końcu to już trzeci dzień od wielgachnego opisu arcyciekawej niedzieli. Coż jednak z moich dobrych chęci gdy dookoła nic się specjalnie nie dzieje? Nie to żebyśmy się nudzili, wręcz przeciwnie. Niestety od dwóch dni zajmujemy się tym co trzeba a są to rzeczy nudne dla każdego normlanego człowieka. Dowalili nam tej roboty od cholery i nie sposób z nią nadążyć. Właśnie z wielkim świstem przelatuje obok kolejny deadline. Tymczasem my mamy świetnie przygotowane to co było na tydzień temu. Musimy zacisnąć zęby i to ponadrabiać bo będzie krucho. Od razu zaznaczam, że ta robota to nic bolesnego. Nieźle się przy tym bawimy, choć oczywiście nie mogę mowić za Włosa i Caleba.

W poniedziałek byliśmy złożyć podania o numery CPR. Nie ma chyba co się rozpisywać. Poleźliśmy do biura, zostaliśmy miło obsłużeni i poszliśmy na piwo. Oczywiście tylko jedno bo robota czekała. Numery powinniśmy otrzymać pocztą w ciągu tygodnia. Czekamy z niecierpliwością.

Wtorek był jeszcze bardziej nijaki. Wykład z Networking a potem programowanie. Dobrze, że jest nasz francuski przyjaciel Nicolas. Na niego zawsze można liczyć, że w razie strasznej nudy dostarczy mi tematów na bloga. Wczoraj bowiem aby potwierdzić swojego niewymownego pecha (przypomnijmy: obszczał murek pod okiem patrolującej policji i skradziono mu rower 2 godziny po zakupie) zatrzasnął swoje klucze w pokoju. Oczywiście nie mnie się nabijać bo sam zrobiłem to samo. Żeby było jednak bardziej pechowo poradziłem kilka dni wcześniej biedakowi jak zamykać pokój aby nie dało się wejść do niego przez okno (wiadomo - złodzieje). No i nie miał chłopak możliwości dostać się do pokoju bezboleśnie tak jak ja to zrobiłem. Co zrobić, życie jest ciężkie.

Można jeszcze dorzucić, że wczoraj Caleb śmiertelnie się na mnie obraził. Dzisiaj już powiedział do mnie pare zdań więc pewnie mu przechodzi. Jak to mówią czas leczy rany. Ha! Jak to cholernie fajnie mieć bloga. Można zawsze przedstawiać swoją jedyną i słuszną wersje wydarzeń. Jakby co Caleb może oczywiście skomentować.

I tym nudnym akcentem kończę obiecując, że postaramy się odwalić coś na tyle głupiego aby było o czym pisać. Buziaczki misiaczki :*

P.S.
Godz. 20:53
Włos się postarał i rozpieprzył pedał w rowerze. Co się dzieje.
Siedzimy w Shanon w totalnej duchocie i piszemy projekt.

Pedał naprawiony

Category: Duński dziennik
Date: September 14th, 2006

Siedzieliśmy ostatniej nocy z Włosem do blisko trzeciej na wydziale klepiąc kod. Fajnie było, mieliśmy zapał. W drodze powrotnej zatrzymała nas policja. Jechali w przeciwnym kierunku. Najpierw dali nam latarką po oczach i spokojnie pojechali kawałek dalej. Myśmy mając w pamięci przestrogi Alicji sprzed paru dni by mieć światełka w rowerze z kamiennymi twarzami i duszą na ramieniu jakgdyby nigdy nic parliśmy do przodu. Nic z tego. Panowie spokojnie wykręcili. Pojechali za nami i kazali się zatrzymać. Włos kulturalnie, jak na trzecią w nocy przystaje, powiedział Goodmorning. Okazało się, że dalej nie możemy tak jechać skoro światełek brak. Obiecaliśmy, że pójdziemy grzecznie z rowerkami obok. Poszliśmy… pierwsze 50 metrów. Po powrocie zaczeliśmy się relaksować przy drinach i rozmowach o życiu, tak zleciały kolejne 2 godziny. Włos miał dzisiaj wykład i chyba ledwo na niego wstał. A juz na pewno ledwo się po nim trzyma na nogach.

Poleźliśmy do Iana przykręcić pedał. Niestety nie miał chłopak pasującego klucza. Jedyne co zdołał wydumać to zwykły klucz francuski. Troche prowizorycznie ale jakoś się trzyma. Poszliśmy do Netto i nabyliśmy zestaw podręczny do naprawy roweru za całe 10 koron. Jest w nim uniwersalny kluczyk z wieloma końcówkami, klej i łatki oraz jakieś 2 metalowe narzędzia o nieznanym przeznaczeniu. Okazało się, że uniwersalny kluczyk pasuje jak ulał więc wszystko w pożądku. Ja kupiłem sobie światełka do roweru. Przednie i tylnie za aż 25 koron ale z bateriami i mrugają jak na dyskotece. Prawdziwy czad. No i żadna policja się już do mnie nie doczepi.

Ale zrobię dzisiaj bibę :/

Category: Duński dziennik
Date: September 19th, 2006

Dzisiaj są moje urodziny,
Które obchodzę bez rodziny
Daleko, wysoko, wśród manowców
W pokoiku akademika dla obcokrajowców

Zupełnie tu nieźle jest mi,
Projekty zaległe mam trzy.
Nie, wcale nie jestem dziś zły,
Po nocach mi Java się śni.

Stachura (nie mylić ze Stachurskim) patched by Lestat, version 0.9 beta

Weekend gdzieś tam chyba był choć nie bardzo wiem kiedy. Musiałem go przespać. Wiem, że zrobiłem pranie. Może porwało mnie ufo? Pedał w zielonym rowerze znowu odleciał. W poniedziałek byliśmy go naprawić. Zapłaciliśmy 10 koron za nakrętke. Pan sprzedawca przykręcił ją swoim fantastycznym kluczem za 400 koron (chwalił się). Powinno starczyć na jakiś czas.

Dzisiaj natomiast moja dzielna grupa z przedmiotu Compiling poszła spotkać się z opiekunem. Coś takiego tu istnieje i z tego co rozumiem ten człowiek ma za zadanie nam pomóc. Ma na to 30 minut w tygodniu. Prawdziwa rozpusta. Inna sprawa, że w Polsce najczęściej są 2 godziny na wszystkich ludzi zapisanych na przedmiot. Nieistotna to jednak sprawa bo gość nam nie pomógł. Był anemiczny i wyraźnie niezachwycony naszymi postępami. Poproszony o poprowadzenie nas za rączkę w przykładowym zadanku stwierdził, że nie będzie za nas pisał kodu. Zasadniczo zgrabnie unikał wszelkich zapytań. Już po 10 minutach miałem ochotę wyjść bo widać było, że to strata czasu. Możemy liczyć tylko na siebie czyli innymi słowy mamy przesrane. Od dzisiaj chyba nie wychodze z pokoju.

Zabawa z rowerami nie ma końca

Category: Duński dziennik
Date: September 22nd, 2006

Włosowi w środe po raz kolejny odpadł pedał. Nam opadły a wręcz odpadły na to ręce. Skoro bowiem tęgi majster swoim tęgim kluczem nie był w stanie skutecznie przykręcić tej cholernej śrubki to nie ma dla pedału nadziei. Podumaliśmy i wyszło niezbicie, że jedyna nadzieja w znalezionym kiedyś rowerze bez koła (pamiętacie wieczór z panem Rakietą?). Kół akurat mamy pod dostatkiem. W okolicy akademika mamy cmentarz rowerów i można sobie tam dowoli odkręcać potrzebne części. Wymaga to tylko przeskoczenia płotu, najlepiej nocą. Zajęło nam to wszystko niezłą chwile bo musieliśmy zrobić doktorat ze standardów w rowerowych śrubkach, gwintach i całym tym syfie. Jak na złość bowiem nic do niczego nie pasowało. Dwa rodzaje wentyli, różne grubości i średnice obręczy, co za tym idzie różne dętki, opony. Nawet cholerne widełki mają różne otworki, w które wkłada się koło. W końcu jednak się udało - rower pojechał. Robił przy tym dużo hałasu. Coś w nim wyło jakby miał gdzieś założone dynamo. Wybraliśmy się na krótką przejażdżkę w kierunku netto by sprawdzić co nasze dziecko jest warte. Powiedzmy sobie wprost było gówno warte. Musieliśmy wyglądać, jeżdżąc po parkingu marketu, jak chłopaki trenujące tricki. Z tą różnicą ze najtrudniejszy polegał na podjechaniu pod dwumetrowy niezbyt stromy podjazd. Średnio trudnym trickiem było wykonanie skrętu i hamowanie na drodze krótszej niż 3 metry.

Spotkaliśmy w trakcie powrotu Murzyna. Zasadniczo nic dziwnego nie było w jego murzynowości. Dziwny był facet jako całość. Raczej starszy człowiek, lazł mamrotał coś do siebie. Mieliśmy szczęście lub pecha, że zatrzymaliśmy się na wyjeździe z netto i akurat przechodził. Coś tam zagadał i wywiązała się rozmowa. Na oko wyglądał na typ przebrzydłego gawędziarza, który jak zacznie to nie skończy przez najbliższych kilka godzin. Jak się okazało przyjechał z Afryki ale gdzie on nie był? Dokładnie nie wiem, wiem natomiast, że był w Polsce, jako student i zachwalał polskich inżynierów. Doradził nam zarobić dużo pieniędzy i kupić sobie samochody a te strupowate rowery wyrzucić na śmietnik. Sam co prawda wyglądał jakby zbierał puszki po nocy więc nie wiem czy powinien się na ten temat wypowiadać. W końcu, bogu dzięki, pożegnał nas donośnym okrzykiem i poszedł w swoją stronę podśpiewując coś pod nosem.

To było w środę. W czwartek zaś pojechaliśmy na niedługą wycieczke. Nasze dziecko spłodzone poprzedniej nocy bardzo szybko okazało się być niewypałem. Z górki jeszcze jakoś się toczyło ale pod… Włos na nim jechał więc pewnie opowie u siebie na blogu. Z jego miny widać było, że rewelacja to to nie jest. Życie jest jednakowoż pełne niespodzianek i po godzinie pałętania się na obrzeżach Aarhus znaleźliśmy inny rower. Niebieski, stylowy (wygląda jak sprzed 20 lat), flak z przodu. Padła szybka decyzja, zamieniamy. Caleb pojechał po narzędzia. Ja pojechałem po piwo. W ciągu 20 minut praca ruszyła pełną parą. Szybko wymieniliśmy przednie koło, wymontowaliśmy (a może amputowaliśmy) z naszego dziecka siodełko i już błękitny niczym niezapominajki rower-znajda był zdatny do jazdy. Odśpiewaliśmy nad trupem poprzedniego nieudanego eksperymentu pieśń żałobną i wróciliśmy do domu. Oby to była ostatnia wymiana bo już mam dosyć przykręcania i odkręcania złomu.

Dziś nic jeszcze znaczącego się nie wydarzyło poza tym, że nie poszedłem na wykład. Za wcześnie było a wszak ciężko pracowałem poprzedniego wieczoru.