Lepiej późno niż wcale. Mam wrażenie, że już to pisałem. Czemu, ach czemu tak długo nie było oznak życia na tym blogu? Może tak. Najpierw byłem w Polsce, potem w Danii ale z Anią, więc miałem inne obowiązki, potem ona pojechała więc miałem smętno w głowie. I co? Wybaczycie towarzysze?
(a teraz wszyscy ładnie i głośno mówią: “Wybaczymy!”)
Dzięki, jesteście super.
Co się działo? Nie sposób opowiedzieć. W Polsce jak zwykle było uroczo. Rodzina, znajomi, dużo jedzenia (jak to w wigilie), dużo chlania (jak to w Polsce). Na samą myśl mam ochotę pakować bambetle i wracać. Nic nie zastąpi garstki dobrych przyjaciół. Szczególnie miło gdy tak gorąco namawiają do pozostania w kraju. Myślę, że najlepszy jest w tym Tomgam, który chce ze mną firmę zakładać. Dobra stary! Jak wrócę to założymy. Daj mi czas na zdobycie kapitału.
Zapiecek jak zawsze “number one” jeśli chodzi o długie wieczory przy piwie. Napadł nas w nim zresztą kuchcik i zmusił niemalże do nabycia i spożycia golonki. Bardzo mnie zastanawiało skąd oni wzieli takiego aparata bo gadał jak nakręcony i wyglądał na autentycznie zafascynowanego tym mięsem. Jak się później okazało to niejaki Lumbago co aparatem z tego co legendy krążą jest nie od dziś. Tylko co on robi na kuchni w Zapiecku?
Pierwszy dzień świąt udało nam się pomimo trudów spożytkować. Chwała niech spłynie na klub Lizard King, który otworzył swe podwoje i wpuścił spragnionych piwa ochlapusów. Nie wiem ile jeszcze było miejsc w centrum Łodzi, które postanowiły nie przejmować się dniem świątecznym. Lizard był jedynym jakie znaleźliśmy. A jak jeszcze dodam, że piwo potaniało i kosztuje zaledwie 6 zł. to może nakręcę im jakiś klientów?
Wszystko to skończyło się całkiem niepostrzeżenie i już trzeba było jechać do Danii. Szczęśliwie jednak bo w dwójkę. Posiedzieliśmy więc z Anią prawie tydzień starając się coś przy tej okazji zwiedzić. Nie powiem, że bardzo skutecznie ale parę miejsc udało mi się jej pokazać. Wiadomo niestety nie od dziś, że lenie jesteśmy “oba dwa” i żadne nie kwapi się by wstać gdy jeszcze można kilka godzin smacznie pospać. A że zima ma to do siebie, iż dzień jest obrzydliwie krótki więc najczęściej jak już wstaliśmy to nie było po co tyłka ruszać tak blisko było do zmierzchu.
Sylwester jak sylwester. Nie byłoby w nim absolutnie nic specjalnego gdyby nie to, że spędziliśmy go za granicą. Zawsze to jakaś egzotyka. Nawet dla mnie bo noc sylwestrowa wygląda inaczej niż każda inna. Poszwędaliśmy się po ulicach Aarhus gdzie petardy śmigały tuż nad a często chyba i w kierunku głów przechodniów. Wszystko to za sprawą dobrze nam znanych przyjaciół z Brabrandu, których ulice były pełne. Wyleźli uzbrojeni po zęby w najróżniejsze petardy i strzelali nimi naokoło gdzie popadło. Czym bardziej niebezpieczny był wystrzał tym większa stawała się ich uciecha. Ot taka przedziwna mentalność. W akademiku jeszcze lekka dożynka. Niestety nikt nie chciał tańczyć. Pod tym względem muszę zganić ekipę. Byli do niczego.
Skacząc trochę do przodu, nastał dzień wyjazdu Ani. Smutny jak Wszystkich Świętych musiałem odstawić dziewczę na dworzec. Żeby jednak nie było za prosto autobus sobie pojechał ale bez Ani. Jak to możliwe? Autobusy z Aarhus to tzw. busy. Czyli niezbyt duże autka na mniej więcej dwudziestu pasażerów. Takiego też pojazdu wyczekiwaliśmy na dworcu. Miałem również na oku panią, którą kojarzyłem z podróży w drugą stronę. Widząc, że ona spokojnie siedzi na ławce miałem pewność, że autobus jeszcze nie przyjechał. Gdy jednak minęła planowana godzina jego odjazdu poszliśmy stanąć z ową panią i zaczęliśmy dyskutować co też się mogło stać. Wreszcie nie mając pomysłu zadzwoniliśmy do kierowcy. I tu niespodzianka. Pan kierowca już odjechał. Problem w tym, że nie busem ale dużym autokarem i to firmy, której nazwy już nie pomnę. Zwyczajnie dokonali podmiany i absolutnie nie wykazali żadnej inicjatywy aby powiadomić o tym czekających pasażerów. Pomimo, że mają listy z których jasno wynika ile osób jedzie. Szczęśliwie udało mi się wsadzić dziewczyny w pociąg, którym podjechały kawałek i złapały autobus. Co tu dużo mówić. Typowa polska firma z typowym polskim podejściem. Pracownicy robią tylko to co im pracodawca paluchem pokazał i kijem do głowy wsadził. Klient nie ma prawa żądać niczego więcej a już na pewno nie czegoś takiego jak “jakość usług. Firmę Eurobus oczywiście w tym miejscu serdecznie pozdrawiam i życzę jej w nowym roku plajty.
Szkoda, że Ania ma tak cudownie słomiany zapał bo z całą pewnością pomimo chwilowych chęci nie złożyła reklamacji. No cóż, to też trzeba pokochać. Kończę tego posta bo się zaraz na stronie nie zmieści i biorę się za następnego.