“Otwieram oczy, czuje, że podpuchłe nieco. W ustach stan absolutnie nieakceptowalny. Tzw. mokre rzeczy jawią się w głowie co najmniej atrakcyjnie. Spoglądam na zegarek i odczuwam zawód. Czy nie obiecywałem sobie wczoraj, że wstanę jak człowiek? A czy przypadkiem nie wróciłem wczoraj jak ludzie wylegali na ulice jadąc do pracy? Czajnik uśmiecha się figlarnie bo wie że odbędę z nim za moment seks oralny.
I tak co rano. Nie jest dobrze. A i źle też nie, bo chyba poza tymi porankami dobrze się z tym czuję. Jestem w kraju dokładnie tydzień. Jedynie niedziela jak pan bóg przykazał okazała się dniem odpoczynku.”
Tyle zdążyłem napisać w ciągu wyżej wspomnianego tygodnia. Nie ma w tym nic dziwnego jeśli brać pod uwagę zawarte w tym fragmencie zeznania. Nie ukrywam, że nie przepadam za takimi niedokończonymi wpisami. Co z tym potem zrobic? Trzeba się jakoś ustosunkować, uzupełnić, dopisać morał. Spróbujmy…
W ciągu tego tygodnia uzmysłowiłem sobie czego pragnę i wyszło jednak, że być tu gdzie gromada bliskich mi ludzi chętnie znajdzie czas na małe “conieco”. Co więcej przestraszyłem się odrobinę wyścigu szczurów. Jest w tym pewien paradoks. Z jednej strony pociąg do olewactwa, z drugiej chęć by stanąć w boksie i rzucić się w pogoń za tymi co dali się udupić nieco wcześniej. Życie jednak lekkie nie jest. Trzeba by się w końcu wyrwać z domu. Czy rok bycia na granicy przeżycia za granicą (niezły potworek stylistyczny) przybliżyłby mnie do tego? Niestety z tą zagraniczną karierą to sprawa często się rozbija o prostą rzecz - doświadczenie zawodowe, tego nie posiadam. Czas pokaże czy wybrałem dobrze. Myśl przewodnia jest bowiem następująca - zdobyć je w Polsce a potem horyzonty się rozszerzą.
Siedzę więc od kilku dni i staram się uzupełnić braki w wiedzy. A jest ich niemało. Przykro się przyznać, Uniwersytet Łódzki wiele mnie nie nauczył. Wmawiam sobie, że to pestka. W końcu zdolniacha ze mnie nie? I nie ma co się nad tym rozpisywać. Musiałbym założyć oddzielny dział, dla tych co zrozumieją informatyczny bełkot.
Chciałoby się napisać trochę o tym “aktywnym” tygodniu. Ciężko jednak bo wszystko się pozlewało (pozalewało?). Wspomnę jedynie, że udało mi się spotkać z Nimrodem. Jak tego Tomgam dokonał, żę tego zapomnianego na wieki człowieka odnalazł i jeszcze namówił na piwo nie docieknę. Ale było ekstra i w dodatku poznaliśmy jego nową dziewczynę (haha! ale plota!). Godna uwagi jest również sobota (jeśli mnie pamięć nie myli) u Krysiaka. I tu aż mam ochotę zacząć od początku. Niby niewinnie, dwa piwka w jednym pubie - zamknęli. Drugi pub, po piwku - znów zamknęli. Tyle wystarczyło jednak by przekonać Tomka, że to się tak nie może skończyć. Szybki telefon do domu, błogosławieństwo rodziny i jego progi stanęły otworem. A tam litr słowackiej wódki, mięsiwa, sery, muzyka i kobiety (nic nie ściemniam, może trochę koloryzuję). Miało co prawda być tak, że litr ten, pity wszak przez cztery osoby, starczy jeszcze na kiedyś. Jakoś jednak nie wyszło. Ale to wszystko pestka. Rozochocony muzyką Krysiak przypomniał sobie o swojej gitarze. A w domu gdy rodzina śpi grać nijak się nie da. W dodatku odkrył, wprawiając się w tym w stan jeszcze większego upojenia, że ma pieniądze na koncie. Czyli mogliśmy pić dalej (tak, wiem, to brzmi tragicznie). Na nic się zdały upomnienia, że na dworze za zimno. Poleźliśmy na ławeczkę i daliśmy koncert na cztery gardła i jedno wiosło. Policja dzięki bogu nie przyjechała. Po tym pięknym wieczorze mam na pamiątkę przeziębione gardło.
Nie jestem pewien ale te pierwsze dwa akapity są chyba napisane w dzień po tej wybitnej imprezie. No to co? Czas pomyśleć o następnej. Ale jednej! Wszak się uczyć muszę.