Archive for January, 2007

Szczęśliwego, nowego i takie tam…

Category: Duński dziennik
Date: January 11th, 2007

Lepiej późno niż wcale. Mam wrażenie, że już to pisałem. Czemu, ach czemu tak długo nie było oznak życia na tym blogu? Może tak. Najpierw byłem w Polsce, potem w Danii ale z Anią, więc miałem inne obowiązki, potem ona pojechała więc miałem smętno w głowie. I co? Wybaczycie towarzysze?
(a teraz wszyscy ładnie i głośno mówią: “Wybaczymy!”)
Dzięki, jesteście super.

Co się działo? Nie sposób opowiedzieć. W Polsce jak zwykle było uroczo. Rodzina, znajomi, dużo jedzenia (jak to w wigilie), dużo chlania (jak to w Polsce). Na samą myśl mam ochotę pakować bambetle i wracać. Nic nie zastąpi garstki dobrych przyjaciół. Szczególnie miło gdy tak gorąco namawiają do pozostania w kraju. Myślę, że najlepszy jest w tym Tomgam, który chce ze mną firmę zakładać. Dobra stary! Jak wrócę to założymy. Daj mi czas na zdobycie kapitału.
Zapiecek jak zawsze “number one” jeśli chodzi o długie wieczory przy piwie. Napadł nas w nim zresztą kuchcik i zmusił niemalże do nabycia i spożycia golonki. Bardzo mnie zastanawiało skąd oni wzieli takiego aparata bo gadał jak nakręcony i wyglądał na autentycznie zafascynowanego tym mięsem. Jak się później okazało to niejaki Lumbago co aparatem z tego co legendy krążą jest nie od dziś. Tylko co on robi na kuchni w Zapiecku?

Pierwszy dzień świąt udało nam się pomimo trudów spożytkować. Chwała niech spłynie na klub Lizard King, który otworzył swe podwoje i wpuścił spragnionych piwa ochlapusów. Nie wiem ile jeszcze było miejsc w centrum Łodzi, które postanowiły nie przejmować się dniem świątecznym. Lizard był jedynym jakie znaleźliśmy. A jak jeszcze dodam, że piwo potaniało i kosztuje zaledwie 6 zł. to może nakręcę im jakiś klientów?

Wszystko to skończyło się całkiem niepostrzeżenie i już trzeba było jechać do Danii. Szczęśliwie jednak bo w dwójkę. Posiedzieliśmy więc z Anią prawie tydzień starając się coś przy tej okazji zwiedzić. Nie powiem, że bardzo skutecznie ale parę miejsc udało mi się jej pokazać. Wiadomo niestety nie od dziś, że lenie jesteśmy “oba dwa” i żadne nie kwapi się by wstać gdy jeszcze można kilka godzin smacznie pospać. A że zima ma to do siebie, iż dzień jest obrzydliwie krótki więc najczęściej jak już wstaliśmy to nie było po co tyłka ruszać tak blisko było do zmierzchu.

Sylwester jak sylwester. Nie byłoby w nim absolutnie nic specjalnego gdyby nie to, że spędziliśmy go za granicą. Zawsze to jakaś egzotyka. Nawet dla mnie bo noc sylwestrowa wygląda inaczej niż każda inna. Poszwędaliśmy się po ulicach Aarhus gdzie petardy śmigały tuż nad a często chyba i w kierunku głów przechodniów. Wszystko to za sprawą dobrze nam znanych przyjaciół z Brabrandu, których ulice były pełne. Wyleźli uzbrojeni po zęby w najróżniejsze petardy i strzelali nimi naokoło gdzie popadło. Czym bardziej niebezpieczny był wystrzał tym większa stawała się ich uciecha. Ot taka przedziwna mentalność. W akademiku jeszcze lekka dożynka. Niestety nikt nie chciał tańczyć. Pod tym względem muszę zganić ekipę. Byli do niczego.

Skacząc trochę do przodu, nastał dzień wyjazdu Ani. Smutny jak Wszystkich Świętych musiałem odstawić dziewczę na dworzec. Żeby jednak nie było za prosto autobus sobie pojechał ale bez Ani. Jak to możliwe? Autobusy z Aarhus to tzw. busy. Czyli niezbyt duże autka na mniej więcej dwudziestu pasażerów. Takiego też pojazdu wyczekiwaliśmy na dworcu. Miałem również na oku panią, którą kojarzyłem z podróży w drugą stronę. Widząc, że ona spokojnie siedzi na ławce miałem pewność, że autobus jeszcze nie przyjechał. Gdy jednak minęła planowana godzina jego odjazdu poszliśmy stanąć z ową panią i zaczęliśmy dyskutować co też się mogło stać. Wreszcie nie mając pomysłu zadzwoniliśmy do kierowcy. I tu niespodzianka. Pan kierowca już odjechał. Problem w tym, że nie busem ale dużym autokarem i to firmy, której nazwy już nie pomnę. Zwyczajnie dokonali podmiany i absolutnie nie wykazali żadnej inicjatywy aby powiadomić o tym czekających pasażerów. Pomimo, że mają listy z których jasno wynika ile osób jedzie. Szczęśliwie udało mi się wsadzić dziewczyny w pociąg, którym podjechały kawałek i złapały autobus. Co tu dużo mówić. Typowa polska firma z typowym polskim podejściem. Pracownicy robią tylko to co im pracodawca paluchem pokazał i kijem do głowy wsadził. Klient nie ma prawa żądać niczego więcej a już na pewno nie czegoś takiego jak “jakość usług. Firmę Eurobus oczywiście w tym miejscu serdecznie pozdrawiam i życzę jej w nowym roku plajty.

Szkoda, że Ania ma tak cudownie słomiany zapał bo z całą pewnością pomimo chwilowych chęci nie złożyła reklamacji. No cóż, to też trzeba pokochać. Kończę tego posta bo się zaraz na stronie nie zmieści i biorę się za następnego.

Wróćmy jednak na ziemię

Category: Duński dziennik
Date: January 14th, 2007

Gdy już stało się jasne, gdy już dotarło do mej łepetyny, że oto czeka mnie kolejne pół roku samemu w tym szarym kraju postanowiłem zabrać się za robotę. Działamy więc od tygodnia z Calebem nad pozostaniem tu dalej na studia. Chwilowo idzie jak po grudzie ale postępy są. Mamy już przyklepaną sprawę u dwóch ważnych panów na wydziale. Przyszła więc pora na formalności. Tu pojawiają się drobne problemy jak chociażby dyplom maturalny przetłumaczony przez przysięgłego tłumacza. To samo z certyfikatem z angielskiego. Mamy gorącą nadzieję, że to nas ominie. W końcu wszystkie te formalności musiały być spełnione abyśmy mogli dostać się na Erazmusa. Jednak Duńczycy jako okropni formaliści mogą mieć inne zdanie na ten temat.

Na piętrze powoli robi się ruch. Jak przyjechaliśmy tu z Anią to zastaliśmy jedynie Thomasa i tzw. “pokój nr 1″ gdzie nikt nie wie kto faktycznie mieszka. Piętro wygląda wówczas jak martwe i właściwie nie ma po co wychodzić na korytarz. Można co prawda pilnie pracować bo jest spokój. Można… i co z tego?

Czasem bywa źle

Category: Duński dziennik
Date: January 16th, 2007

Pojawił się problem z natury DUŻYCH w naszych staraniach o pozostanie tu na studia. Pani ze Study Office (coś na kształt rektoratu) odpowiedziała nam z twarzą pokerzysty, że niestety nie można już składać wniosków o przyjęcie na na najbliższy semestr. Ponieważ zakładamy jednak, że jak się coś jest niemożliwe to trzeba spytać się kogoś innego poszliśmy się poskarżyć Michaelowi (facet który opiniował nasz polski program studiów). Teraz czekamy na odpowiedź od niego.

Udało nam się również zabłysnąć niebywałą wprost ignorancją. Na stronie przedmiotu Advanced Web Techonology jakiś czas temu zauważyliśmy, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, informację o terminie oddania “finalnego raportu”. Nikt z naszej trójki nie miał pojęcia o co chodzi. Postanowiliśmy więc czekać na dalszy rozwój wydarzeń. I oto dzisiaj ocknęliśmy się, że termin właśnie minął. Co więcej na maila przyszła pełna zaskoczenia wiadomość od prowadzącego. Czemu nie mam waszych raportów? - pytał się człek sugerując przy tym sensowne wytłumaczenie. Odpisaliśmy więc zgodnie poniekąd z prawdą, że kompletnie nie wiemy o co chodzi. Całkowitą nieświadomością solidarnie popisała się zresztą pozostała część naszej grupy. A jest ona aż sześcioosobowa. Niestety wykładowca nie docenił naszej szczerości. Drugi mail od niego wiał już chłodem i wynikało z tego, że tajemniczy “final report” to połowa naszego zaliczenia przedmiotu. Dał nam do wyboru dwie opcje. Albo uwalamy kurs albo traktuje nasze wszystkie dotychczasowe raporty jako ten końcowy (tu dał do zrozumienia, że cienko widzi dobrą ocenę w takim przypadku). Oczywiście jesteśmy uparci i wybraliśmy bramkę numer dwa. Prawda, że świetna anegdota? Ciekawe czy równie śmiesznie się cała ta historia zakończy.

A mojej kobity ciągle nie ma na internecie. Ja nie wiem co to za kraj ta Finlandia. Niby tam Linus Torvalds studiował a coś narazie nie popisują się umiejętnościami. Od kilku dni jestem pozbawiony diabelnie mi potrzebnych opowieści od Ani a oni coś brzęczą, że mają problemy techniczne. Chyba będę musiał sam pojechać im to naprawić.

Egzamin z Networking

Category: Duński dziennik
Date: January 19th, 2007

Już grubo po północy. Łeb przeładowany bzdurną wiedzą. Za dziesięć godzin będę się z tej wiedzy spowiadał. Co z tego wyniknie oczywiście opiszę. Stresu strasznego nie ma. Ale jest wątpliwość. Mamy przez dziesięć minut opowiadać o naszym projekcie (czyli ciężka sprawa bo genialny nie był) a potem odpowiedzieć na wstrętne pytanie z zaskoczenia. Najśmieszniejsze, że do tych 10 minut praktycznie w ogóle się nie przygotowywaliśmy a do jednego durnego pytania kujemy od 3 dni. Oby to miało jakiś sens.

Baba oczywiście już internet ma. Także mogę ją przesłuchiwać. Chwilowo jest raczej grzeczna. Mieszka z samymi kobitami. To już coś. Przynajmniej mniej wodzona na pokuszenie. I mniej sama wodzi… Ale szwędalstwo już się powoli jej włącza. No nic, cóż mam zrobić. Niech się wyszaleje. W końcu o to w tych wyjazdach chodzi.

Włos ostatkiem sił coś jeszcze zakuwa, Caleb już dawno w łóżeczku. Ja dopijam nasennego drinka i próbuje przekonać Anię, że wcale nie muszę jeszcze iść spać. Jak znam życie i siebie to za moment zrobi się czwarta i będę jutro zielony.  Łisz mi lak.

No i co ja teraz będę robił?

Category: Duński dziennik
Date: January 24th, 2007

Dzisiaj zakończyliśmy sesję. Co prawda nie rzutem na taśmę. Raczej dość ślamazarnie przeczłapaliśmy przez linię mety. Ale do rzeczy. Egzamin z Networking poszedł gładko. Uczyliśmy się zdecydowanie za długo bo tak jak było zapowiedziane głownie należało zaprezentować zrealizowany projekt. Poza tym dostaliśmy po jednym pytaniu, które raczej nie nastręczało większych problemów. Nie szkodzi, zawsze czegoś pożytecznego się nauczyliśmy. Wykładowca trochę narzekał, że nie umiemy ładnie zaprezentować swojej pracy ale grzecznie osiem postawił.

Niestety szczęście i ulga z zaliczenia egzaminu nie trwała długo bo trzeba było się wziąć za następny. Tym razem z Web Technology. I tu pojawiły się problemy. Materiałów od diabła, kompletnie niezrozumiałe. Mnóstwo kosmicznych technologii, których nazwy to po prostu rożne kombinacje 3-4 liter. Poza tym upadł duch w drużynie. Nie mieliśmy za bardzo woli walki. Tym bardziej, że ze względu na olany projekt końcowy wiedzieliśmy, że facet estymą nas nie darzy. Można powiedzieć ze stoickim spokojem przyjęliśmy wersję wydarzeń “co będzie to będzie”. Oczywiście pouczyliśmy się grzecznie ale nie było w tym wszystkim takiego parcia jak zwykle. Jak coś słabiej rozumieliśmy…. no to trudno. Dzisiaj zaś cała nasza zgromadzona wiedza została okrutnie zweryfikowana z pomocą przebiegłego testu wielokrotnego wyboru. Umieliśmy bardzo mało. Pytania były trudne i jak dla mnie nie zawsze trafnie sprawdzające umiejętności i wiedzę studenta w materii tego przedmiotu. Chyba z 5 pytań było o jakieś durne gramatyki co uważam nie jest mi do szczęścia potrzebne aby zajmować się technologiami Web’owymi. Ale oczywiście być może się mylę. Tak czy inaczej wynik jest nieznany. Będzie wiadomo jak sprawdzą. Całe życie miałem farta na egzaminach więc liczę, że jakoś będzie. Z drugiej strony może najwyższa pora coś w końcu oblać bo co ja dzieciom potem powiem. Będą się ze mnie śmiały, że taki ze mnie student był jak z koziej dupy… wiadomo co.

Co więc pozostaje? Ano chyba coś chlapnąć. Należy się nam. Tylko gdzie ten Przemek?

Bez bloga jesteś nikim

Category: Duński dziennik
Date: January 26th, 2007

Co się dzieje na tym świecie. Pamiętam jak ileś (nie będę ryzykował konkretnej wartości) lat temu ludzie dzielili się na dwa rodzaje: tych którzy mają komórki i tych którzy naiwnie sądzą, że mieć ich nie muszą i nie będą. Dziś taki podział już nie istnieje. Jakkolwiek posiadanie telefonu w kieszeni tak by kabel nie wychodził nogawką wydaje się praktyczne, to już sprawy blogów nie rozumiem. Oto bowiem jeszcze pół roku temu gdy sam zakładałem to co macie przed oczami zdawałem sobie sprawę, że zdradzam ideały zmanierowanego krytykanta. Zamiast pluć w twarz blogowym ekshibicjonistom sam nim zostałem. Miałem jednak swoje powody i nadal uważałem, że blogów w moim towarzystwie ludzie nie prowadzą.

Minęło pół roku i świat stanął na głowie. Obecnie zastanawiam się kto jeszcze bloga nie ma. Paru takich wciąż mogę naliczyć, jak długo jednak pozostaną twardzi? Wysoce zastanawiające jest jaki to ma sens. U podstaw mojej decyzji leżał problem upierdliwego pytania się wszystkich dookoła “a co tam u ciebie?”. Teraz jednak sam muszę przyznać, że stało się to dziwacznym nawykiem. Cała ta blogowa społeczność jest przynajmniej na pierwszy rzut oka nieco chora. Zamiast pogadać, choćby na nieszczęsnym Gadu-Gadu, tworzymy namiastkę kontaktu, który w normalnym “analogowym” świecie można by porównać do wymieniania się pamiętnikami. Piszę sobie codziennie jakieś wypociny a potem spotykam ludzi i czytamy je sobie wzajemnie, co bardziej ciekawe komentując na marginesie. Czy to ma ręce i nogi? Trochę powątpiewam ale nie zmienia to faktu. Blogi staną się już wkrótce czymś absolutnie codziennym. Jeśli śmiejesz się z poprzedniego zdania drogi czytelniku to przestaniesz już niedługo. Chyba, że ewolucja pójdzie dalej i spopularyzuje się jeszcze bardziej rąbnięta forma ekspresji w internecie.

Tak czy inaczej dziś dowiedziałem się o blogach rodziny Maczów (dzięki bogu młody jeszcze sobie żadnego nie założył) oraz Ścibora Sobieskiego. Jednego z ciekawszych wykładowców na naszym smętnym wydziale. I co ciekawe to nie jest tylko jego blog dla kumpli z pięterka katedry informatyki. Jest to pełną gębą nowa wersja jego oficjalnej strony internetowej. Dziwnie jest, powiadam.

Bądźcie czujni!

Buziaki dla Sven’a Skyum’a

Category: Duński dziennik
Date: January 31st, 2007

Piszę tę notkę po raz drugi. Niestety złośliwość rzeczy martwych sprawiła, że w trakcie pierwszego podejścia nastąpiło tzw. nieoczekiwane zakończenie pracy komputera. Innymi słowy moje słowa w takim pocie czoła wklepane poszły się… Pomimo zniechęcenia jakie mnie ogarnęło siadam po raz drugi. Szczególnie, że jest o czym pisać. A właściwie za moment może już nie być o czym.

W poniedziałek wpadliśmy z wizytą do kolejnego zupełnie nieznanego (ale bardzo ważnego) człowieka. Zostaliśmy do niego przekierowani po tym jak w piątek poszliśmy do Sven’a (head of study) by dowiedzieć się czemu nieboraczek nie ma czasu dowiedzieć się czegoś w naszej sprawie. Oczywiście Svena nie było bo i po co? Była za to baaaaardzo miła blond pani, która wykazała dużo dobrej woli aby znależć dla nas jakieś wyjście. Znalazła właśnie takie, co więcej był to strzał w dziesiątke bo po krótkiej rozmowie z tym człowiekiem nagle okazało się, że możemy złożyc papiery (przypominam, że dwa tygodnie czekaliśmy na jakąś opcję po tym jak okazało się, że po terminie to się nie da i już). Pani której drżącemi rękoma wręczyliśmy całą niezbędną makulaturę nie była niestety w stanie odpowiedzieć nam na pytanie “kiedy coś?”. A że tego samego dnia zaczął się już semestr postanowiliśmy udać się do Svena. Wszak on jako osoba bezpośrednio decydująca o naszym losie powinna mieć coś na ten temat do powiedzenia. I tu niestety się myliliśmy. Sven był wybitnie zaskoczony naszym widokiem. Może to nieodpowiednie określenie. Był w każdym razie zniesmaczony. Upierdliwie i nieuprzejmie kwitował każde moje zdanie zniecierpliwionym “yeah”. Po czym przestrzegł nas abyśmy nie myśleli sobie, że przychodząc tu przyspieszymy w jakikolwiek sposób całą sprawę. Szczęki nam opadły. Przyzwyczajeni do miłego do przesady traktowania wszędzie dookoła doznaliśmy nie lada szoku. Na tyle dużego, że nawet nie spytaliśmy czy raczył czegoś się dowiedzieć w naszej sprawie, którą to żekomo miał się zajmować od blisko dwóch tygodni.

I to na tyle. Wysłaliśmy jeszcze smętnego maila do Michaela. Jedynej osoby, która do końca pozytywnie podchodziła do całej sprawy. Niestety do tej pory nie odpisał. Jedyne co pozostaje to pakować bambetle i wracać do kraju. Jak się namyślą to i ja wówczas będę kombinował. A na razie to niech mnie pocałują w <cenzura>.