Archive for December, 2006

Co nowego? Nowy adres!

Category: Duński dziennik
Date: December 1st, 2006

Hip hip hurra! Blog stoi na nowej ładnej domenie. Będzie można w końcu zapamiętać jej adres. Poprzedni był tak zakręcony, że zapewne nikomu się to nie udało. Ja sam nigdy nie byłem pewien czy to jest polis.cp.win.pl czy poliscp.win.pl czy tez może polis.cp.amm.pl. Pod starym adresem jest przekierowanie więc nawet jeśli ktoś nie miał okazji zostać poinformowany o tej przeprowadzce trafi we właściwe miejsce.

Wczoraj miałem imieniny. Serdecznie dziękuję za życzenia tych wszystkich, którzy pamiętali i za potencjalność życzeń tych, którzy zapomnieli lub nie wiedzieli. Jak to zwykle w imieniny zachlało się co nieco. Bardzo przy okazji zaskoczyliśmy wszystkich dookoła. Duńczycy, Niemcy i (chyba) Francuzi nie obchodzą imienin. Zdecydowanie jednak zgadzali się, że idea takich dodatkowych urodzin jest genialna. Pochwalę się również, że dostałem batona i krówkę a Lila upiekła kapitalne ciasto za co jestem jej niezmiernie wdzięczny.

Sprawa wygląda za to nieco smutno bo kończy nam się spirytus. Ostatnia butelka zostałą otwarta i jeszcze na dodatek Henry poszedł z nią spać czego zupełnie nie rozumiem. Także tu prośba do wszystkich ludzi dobrej woli. Jeśli nie jesteście obojętni na los trójki biednych studentów na obczyźnie przesyłajcie nam drobne ilości alkoholu. Każdy gest się liczy. Sprawdź, może masz w lodówce piwo którego nie będziesz już pił? A może w barku pół litra za 13 zł, które nie nadaje się nawet do czyszczenia głowicy w magnetowidzie? Czekamy na waszą pomoc. Podaruj Calebowi, Lestatowi i Włosowi szczęście.

Piszemy, piszemy i końca nie widać

Category: Duński dziennik
Date: December 5th, 2006

Właśnie minął kolejny dzień ciężkiej, nikomu niepotrzebnej roboty. Co najgorsze nie widać, żeby coś specjalnie się ruszyło. Piszemy na zaliczenie program, który teoretycznie powinien przesyłać muzykę przez sieć. Tak by dało się jej w czasie rzeczywistym słuchać. Narazie wykorzystujemy gotową bibliotekę (powinniśmy napisać swoją) a i tak jakość dzwięku jest jakby… niezadowalająca. Pierdzi to i skrzeczy. W takim tempie to zaprezentujemy tzw. beznadziejne, żenujące NIC.

Szarość! Szarość widzę!

Category: Duński dziennik
Date: December 8th, 2006

Powoli rozjaśnia nam się w głowach. Za to za oknami ciągle szaro lub czarno. Nie zachęca to do pracy. Tak, mam żal i chyba pomarudzę. Czym dłużej tu siedzę tym bardziej dochodzę do wniosku, że kraje skandynawskie nie są dla mnie stworzone. Nie jest to miejsce gdzie chciałbym spędzić, jeśli nawet nie całe, to choć kawałek życia. Wrzesień i październik które tu widzieliśmy należały podobno do najpiękniejszych od wielu lat. I nie mogę powiedzieć, było przyjemnie. Słonecznie i ciepło, chciało się wstawać i żyć. Za to druga połowa naszego pobytu przerodziła się niepostrzeżenie w niekończące się tygodnie takich samych, szarych dni. Dzień się skrócił tak nieznośnie, że trzeba się do niego dostosowywać. Chyba, że ktoś lubi kłaść się przed wschodem słońca i wstawać po zachodzie. Zapewniam, że wrażenie jest okropne. Człowiek nie wie czy w ogóle spał i traci poczucie czasu. Nawet jak się złapie ten urywek dnia, świat nie zachęca by go podbijać. Jest szaro, poza tym szaro, czasem pada, wtedy jest szarzej. To że jazda rowerem na uczelnię to żadna przyjemność nikogo przekonywać nie muszę. Ale prawdziwe utrapienie to chęć zrobienia czegoś. Zapewne każdy sam jest lub zna osoby podatne na zimowe depresje. Uwierzcie mi, w Danii zima jest znacznie bardziej nieznośna. Tak jak nigdy specjalnie nasza polska mi nie dokuczała tak ta już wyraźnie wpływa na moje zadowolenie z życia i chęć do partycypowania w nim. W Polsce owszem, jest wtedy więcej dni pochmurnych. Ale więcej nie oznacza 99,(9)%. Niejednokrotnie bywa, że mamy przepiekne dni kiedy na niebie nie ma ani jednej chmury i wówczas świat wygląda jak z bajki. Śnieg jeśli tylko ruszy się tyłek kawałek za miasto lub do parku jest idealnie biały i stanowi zupełnie inną formę piękna niż zieleń latem, lecz równie wartą podziwiania. A tutaj? Przykro mi ale nie wiem kto jest na tyle dziwny żeby kontemplować zgniłe liście w szary dzień gdy w twarz mu pluje wstrętna mrzawka. Jeśli jesteś drogi czytelniku takim zboczeńcem zapraszam do Danii późną jesienią. Strzelam, że odnajdziesz pół roku niczym nieskrępowanego szczęścia.
I jak tu się dziwić, że oni mają tak wysokie wskaźniki samobójstw? Powoli zaczynam rozumieć paradoks, polegający na tym, że jednocześnie są krajem ludzi deklarujących największe zadowolenie z życia. Jak to działa? Daleki byłbym od pysznej pewności, że to pojąłem ale… Kraj jest wybitnie socjalny. To jest wpisane niejako w ich mentalność. Oni chcą tego i wierzą, że tak jest słusznie. Żyj normalnie, bez pogoni za wielkimi pieniędzmi. Te średnie które ci się należą jak psu starczą ci na dom, samochód i utrzymanie dzieci. Jesteś ambitny i zdolny? Bardzo dobrze. Zarabiaj więcej i płać 60% by ci, którym życie poskąpiło twoich przymiotów też mogli być szczęśliwi. Wszyscy tu się na to zgadzają i trudno im się dziwić. Jest pewien poziom, na którym nasze pragnienia by posiadać więcej podobno mocno się kurczą. Szczególnie gdy jesteśmy przyzwyczajeni, że to wcale nie ma większego sensu (pamietajmy o 60% podatku). Duńczycy w tym wszystkim to zboczeni patrioci. Wieszają wszędzie dookoła swoje malutkie tandetne flagi. Robią to na Boże Narodzenie, w swoje urodziny i cholera wie kiedy jeszcze. Mają swoje duńskie, pijackie piosenki, które zna KAŻDY. Nie nasze “Hej sokoły”, które chyba nawet nie są nasze. Nie “Ich troje”, których słucha tylko tłum wybrańców-skazańców. To są po prostu ich piosenki i w ich zafascynowaniu nimi czuć to wrodzone uwielbienie do swojego kraju. Oni się potrafią bawić razem. Potrafią organizować w niespotykany w Polsce sposób. Tutaj studia od początku do końca zmuszają do pracy grupowej. Pamiętam również coś co mnie uderzyło gdy tu przyjechałem. Wszyscy gdy się z nimi nawiązało bezpośredni kontakt wzrokowy odpowiadali uśmiechem. Dziwiło mnie to bo zdarzało się na ulicy, w sklepie, w urzędzie. Trzeba się wręcz nauczyć tym uśmiechem odpowiadać. Bo w Polsce nikt się do nikogo bez powodu nie uśmiecha. A niechby spróbował to jeszcze w trąbe zarobi.
A co z tym paradoksem? Ano sobie jest bo pomimo, że poukładali sobie dzielni Duńczycy życie najlepiej jak umieli i kraj ten naprawde działa świetnie to matka natura ma swoje prawa. I każdy jest tylko człowiekiem. Pewnie więc jak wszędzie co któryś Duńczyk ma depresję bo go dziewczyna rzuciła albo wygląda jak wygląda. Nie mało więc tu alkoholików. W naszym przyosiedlowym Netto człowiek wyglądający i pachnący jak powszechny polski bezdomny to standard. Różnica polega na tym, że tutaj ten człowiek kupuje zgrzewkę piwa, 0.7 dobrej wódki, płaci za wszystko kartą i idzie do swojego domu a nie na dworzec czy w bramę. Czy to dobrze czy źle można się zrzymać bo wiadomo skąd ma pieniądze (jeszcze raz przypominam, 60%).

No nic, kończę te smętne wywody do których pchnęła mnie dzisiejsza pogoda tak podobna do wczorajszej i przedwczorajszej i… Być możę pozwolę sobie jeszcze na kolejny wpis o naszej wczorajszej imprezie organizowanej i sponsorowanej przez Włosa. Być może bo nie wiem czy mi starczy weny w tym momencie i nie wiem czy Włosowi warto dziś podpadać. O dziwo Caleb chodzi jakiś wesół dzisiaj a Włos odwrotnie. Może dlatego, że Calebowi śniły się dziewczyny a Włosowi jezioro. No cóż, ja za to śniłem o Polsce, rodzinie i chlaniu w tym wszystkim. Sny mają wielki wpływ na poczynania człowieka.

Jak mawia Adam Nowak, dziękuję za wypowiedź.

Fakty i mity

Category: Duński dziennik
Date: December 8th, 2006

Ok, pozwolę sobie to zrobić i opowiem o tym co warte oddzielnego wpisu nie jest. Cóż jednak skoro brak bardziej godnych tematów.

Wczoraj bardzo dzielnie pracowaliśmy, aż Włos przypomniał o imprezie na jaką podobno nas umówił z jakimiś trzema dzierlatkami. Nasz entuzjazm starał się pobudzać wszelkimi możliwymi sposobami. Nawet wynalazł gdzieś zapomnianą butelkę z rozrobionym spirytusikiem i polał nam po szklaneczce tego świństwa (żartuje, było pyszne). Ja się trochę opierałem ale Caleb, jako zainteresowany tematem dzierlatek na równi z Włosem, przegłosował sprawę. Cóż było zrobić. Pociągnąłem parę łyków ze szklaneczki i poszedłem wziąć prysznic. Nie to, żeby sprawa była aż tak poważna ale chodzić na imprezy w stanie wskazującym na “niemycie” nie lubie. Włos już bardzo zniecierpliwiony i złakniony dzierlatek pobiegł w tym czasie je uspokajać (byliśmy bowiem spóźnieni). Gdy więc już się ubrałem, uspokoiłem i pożegnałem swe dziewczę i tak całkiem gotowy wyszedłem na korytarz zastałem tam siedzącego przed telewizorem Caleba z Włosem. Miny mieli nietęgie. Niestety, panienkom coś wypadło (odwidziało się).

Nie powiem, że żałuję. W końcu wziąłem prysznic. A czemu fakty i mity spytacie? No bo oczywiście Włos powie, że przekręcam a w ogóle to nie powinienem o nim pisać na blogu. Ponieważ jednak nie zamierza mnie chwilowo targać po sądach zamierzam kontynuować ten niecny proceder i opisywać co się ciekawego dookoła dzieje. I tymi słowy żegnam się z wami. Do przeczytania!

Wasz ukochany reporter Lestat.

O dżizas, znowu sesja?

Category: Duński dziennik
Date: December 12th, 2006

Dziś mieliśmy finalną prezentację z Networking. Finalność ta nie oznacza, że to koniec pracy. Nie oznacza też, że pokazaliśmy cokolwiek z naszego faktycznego programu. Były to jak zwykle wyssane z palca informacje na temat tego co mamy a co byśmy chcieli mieć i jakie napotkaliśmy problemy. Wyglądało to podobnie jak poprzednio. Czy wypadliśmy dobrze? Nie wiem, z Calebem postanowiliśmy zmyć się niedługo po naszym wystąpieniu (byliśmy drudzy). Dzięki temu nie widzieliśmy na ile pozostałe grupy są lepsze bądź gorsze. Za to mamy zapis filmowy, wykonany przy użyciu ustawionego na auli aparatu. Może być śmieszny.

W piątek zaś musimy wysłać raport z naszego projektu. I tu już jest gorzej bo raport nie powinien kłamać. Będzie wnikliwie zanalizowany. Co więcej powinien być treściwy i obszerny. Do prezentacji ma się to nijak. Nasza przykładowo miała 5 nędznych slajdów. Teraz musimy oddać 15 stron informacji, testów i analiz. Nasz program na szczęście działa. Nie robi niesamowicie fantastycznych rzeczy ale potrafi np. wysyłając mp3 z komputera w Polsce i odtworzyć je na komputerze w Danii. Fajne?

To wszystko jednak pestka bowiem w ten sam piątek czeka mnie prawdopodobnie najtrudniejszy egzamin. Chodzi oczywiście o nieszczęsny Compiling. Podobno ma być prosty ale jak wiadomo wszystko jest względne.

Dostaliśmy w końcu maila w sprawie możliwości studiowania tutaj i pisania pracy magisterskiej. Sam jeszcze nie do końca przemyślałem co z niego wynika. Na pewno istnieje taka możliwość. Na pewno też nie jest tak jak sobie wymarzyliśmy. Mamy różnice programowe do odrobienia. Ponieważ jak już wspomniałem nie miałem nawet czasu zastanowić się nad sprawą pozwolę sobie wkleić co też nam Michael I. Schwartzbach odpowiedział.

For all three: your Bachelor degrees can be accepted for admission to
the MSc program in Computer Science. We will offer you the following
individual study programs:

Piotr Karasinski (120 ECTS MSc program):
25 ECTS credit transfer
Optimization (dOpt) 5ECTS
Combinatorial Search (dKombS?g) 5 ECTS
Security (dSik) 5 ECTS
50 ECTS optional Computer Science courses
30 ECTS thesis

Piotr Jastrzabek (120 ECTS MSc program):
30 ECTS credit transfer
Compilation (dOvs) 10 ECTS
Combinatorial Search (dKombS?g) 5 ECTS
Security (dSik) 5 ECTS
40 ECTS optional Computer Science courses
30 ECTS thesis

Andrzej Polis (120 ECTS MSc program):
25 ECTS credit transfer
Optimization (dOpt) 5ECTS
Combinatorial Search (dKombS?g) 5 ECTS
Security (dSik) 5 ECTS
50 ECTS optional Computer Science courses
30 ECTS thesis

You may also apply to have the Computer Science courses you
have passed as guest students transferred as credit for some
of the optional Computer Science courses.

Kilka słów wyjaśnienia. Musimy zrealizować po trzy przedmioty podane powyżej. Nadal zostaje 50 punktów do zdobycia. Zakładając, że każdy z nas zrobi 30 punktów w tym semestrze zostaje 20. To jest mniej więcej 6 przedmiotów do zaliczenia aby móc pisać pracę. Czyli razem jak nic rok studiów. No i co o tym myślicie ludziki?

Za dzień, za dwa, choć nie dziś…

Category: Duński dziennik
Date: December 14th, 2006

Siedzę i próbuję się uczyć. Na nic mądrości Yody z Gwiezdnych Wojen by “nie próbować! zrobić!”. Ciężko tu skupić się na przyjmowaniu wiedzy. Zaprawdę współczuję ludziom, którzy wszystkie sesje spędzili w akademiku. To naprawdę jest niełatwe. W pokoju człowiek kiśnie i przysypia. Na korytarz lepiej nie wychodzić bo coś w telewizorze leci i można się zagapić. Nie bardzo sobie wyobrażam co bym zrobił gdybym miał tu zaliczyć jeden z tych kobylastych egzaminów jakich kilka w swoim życiu przetrwałem.

Mam ostre przeczucie, że zaczynam przynudzać na tym blogu. Brakuje swieżej porcji ciekawostek. Szokujących ploteczek dla mych znudzonych czytelników. Nic z tego. Okres sesji ma tę obrzydliwą właściwość, że spytani “Co tam u ciebie ciekawego?” odpowiadamy “Prze&*%$”. I to by było na tyle.

Chcą nas tutaj to na pewno. Byłem pogadać z człowieczkiem, którego mail zacytowałem w poprzednim wpisie. Zmartwił mnie bo wyszło, że półtorej roku jak nic stracimy na zdobycie tu tytułu. Na zakończenie podgrzał jednak mój zapał słowami “Ale wówczas będziecie mieli tytuł TEJ uczelni”. Uśmiechnął się przy tym kokieteryjnie jakby mi oferował niewiadomo jakie cuda. Sam teraz nie wiem. Ojciec Rydzyk dużo mówi, że te zachodnie kraje to władaniu Szatana się znajdują. A oni tak troche chyba chcą byśmy im swe dusze zaprzedali. Bo wszystko wskazuje na to, że z zakończenia naszych studiów w Polsce by nic wówczas nie wyszło.

By nie dać się tym ciemnym siłom wracamy w przyszłym tygodniu do kraju. Będzie czas na rozrachunek sumienia i refleksję (u kogo impreza?). Dobrze nam to na pewno zrobi bo atmosfera w drużynie zepsuła się do reszty. Jeszcze troche i się tu pozabijamy. A tak będzie można na moment zapomnieć o swoich parszywych gębach. Nie wiem czy jesteśmy tak niedobraną ekpią czy jest to nieunikniona kolej rzeczy. Trzeba przyznać, że za dużo ze sobą tu przebywamy i to nie jest zdrowe. To niestety efekt mocnego uzależnienia od siebie. Te same przedmioty, ciągle wspólnie pisane projekty. Na zakupy chodzimy za rączkę, każdą sprawę załatwiamy grupą i nawet na piwo, ping-ponga i trambambulę chodzimy ze sobą. To musi być katastrofalne w skutkach.

Jedyne co mnie teraz rajcuje to, że już za momencik znowu powącham smrodu Łodzi i pójde na piwo do Zapiecka. Jest ktoś chętny na parę kolejek z Lestatem?

Wracamy!

Category: Duński dziennik
Date: December 17th, 2006

Egzamin napisany. Być może (na to liczę) zdany. Pokój posprzątany. Piwo zaplanowane. Mogę wracać do Polski. W poniedziałek o 10:00 (no chyba, że się Przemek spóźni) wsadzamy tyłki do samochodu i jedziemy.

Powinienem chyba napisać coś o tym egzaminie. Jaki był? Na pewno nie banalny. Pytania były wszelakie, jedne łatwe inne naprawde trudne. Gdybym pisał sam miałbym poważne obawy czy zaliczę. Tymczasem okazało się, że w Danii nie wiedzą co to ściąganie. Niby pomieszali kolejność pytań i odpowiedzi na każdym formularzu. Niby kazali usiąść co drugie miejsce. W końcu jednak nasz szanowny wykładowca usiadł za biureczkiem, zapatrzył się w swojego laptopa i tak trwał przez półtorej godziny. I cóż po tym tasowaniu skoro mogliśmy sobie z Lilą i Przemkiem dowolnie czytać przez ramię a nawet zadawać pytania. Dużo więc udało się skonsultować. Także jeśli pomimo wszystko nie zaliczymy to będzie wstyd jak Dania i Polska szeroka. Na wyniki przyjdzie nam troche poczekać.

Na zakończenie tak przechlapanego przedmiotu, kilka godzin po egzaminie, odbyło się małe spotkanie z piwem. Odczytano na nim wyniki konkursu na najlepsze optymalizacje w kompilatorze. My, jako, że nie zbyt zaangażowani w projekty nie zaistnieliśmy na żadnej top-liście. Ale i tak było miło. Podoba mi się idea takiego przyjemnego “rozluźniacza” na koniec przedmiotu. Wybrańcy losu wygrali koszulki głoszące wszem i wobec jakimi są mistrzami z Compiling. Oczywiście nasz wykładowca z piwem w garści przechadzał się to tu, to tam zagadując studentów o to i owo. Widzieliście coś takiego w Polsce?

Tego samego dnia odbyła się także impreza urodzinowa Lili. Wylądowaliśmy ostatecznie w uniwerysteckim pubie. Było ostro bo pamiętam siebie stojącego na stole a po chwili już siedzącego pośród przewróconych kufli. Pamiętam w zasadzie chyba wszystko więc nie było za ostro. W sam raz. Następny dzień zdawał się temu przeczyć ale to już inna historia.