Archive for November, 2006

Praca popłaca

Category: Duński dziennik
Date: November 2nd, 2006

We wtorek Honorata podrzuciła nam robotę u niejakiego Johna. Prawdziwe wyzwanie dla informatyków takich jak my. Popierdzielanie po drabinie, inaczej pomagier do robót przy dachu. Cóż, trzeba było wstać na 7:30. Do sprawy podeszliśmy bardzo odpowiedzialnie, położyliśmy się zaraz po dobranocce (jakaś 2:00). Rano było mimo wszystko strasznie. Ciemno, zimno i daleko do łóżka. Wstałem, zobaczyłem Włosa (od razu gożej mi się zrobiło), zjadłem jakieś gnojne grzanki. Profilaktycznie kawę przygotowałem sobie na ostatnią chwilę. Pogoda za oknem taka, że psa by człek z domu nie wygonił. Dobry dzień na samobójstwo. W końcu Włos błyskotliwie proponuje “a może by sprawdzić komórkę?”. No i oczywiście okazało się, że robota nieaktualna bo pogoda nie nadaje się do pracy. Szczęście w nieszczęściu. Nie wiem jak to inaczej nazwać. Teraz trzeba by tylko iść spowrotem spać.

Spać owszem grzecznie poszedłem. Niegrzecznie za to spałem bo za długo. Jak zwykle pół dnia straciłem w łóżku. Co więcej czułem się fatalnie po przebudzeniu. Przez to głównie czas spędziłem całkiem bezproduktywnie. W ramach relaksu obejżeliśmy Leaving Las Vegas. Dzięki tej wybitnej i ambitnej produkcji poczułem się jeszcze gorzej. Bardziej dołującego filmu jakoś nie moge sobie przypomnieć. Nie mieliśmy pewności czy praca będzie dnia następnego czy nie. Z lenistwa nie zadzwoniliśmy by się dowiedzieć. Ponieważ jednak istniało przypuszczenie, że tym razem pogoda dopisze rozsądek nakazywał położyć się wcześnie spać. Rozsądek sobie nakazywał i nakazywał, tak długo to robił aż tu nagle zrobiła się czwarta. Pogoda oczywiście z nas zadrwiła i John zadzwonił z radosną nowiną. Wywlokłem włosa z łożka. Trzydzieści minut okropnie nudnych porannych czynności i byliśmy już w samochodzie. Oczywiście zimno jak sto diabłów. Dostaliśmy na pocieszenie fajne kufajki. Prawde powiedziawszy nie miałbym nic przeciwko chodzeniu w takiej po ulicy. Wyglądała jak przyzwoita kurtka. Tak przecudnie ubrani rzuciliśmy się w wir pracy, którą było… znoszenie dachówek z rusztowania. Do tego doszło taszczenie desek i rożnego śmiecia z demontarzu dachu. Cud malina praca. Przez większość czasu byłem absolutnie pewien, że drugi raz tu nie przyjdę. Pracowaliśmy z jeszcze jednym facetem, który pomagał Johnowi przy “fachowych sprawach”. Bardzo sympatyczni goście. Niestety za sprawą zimna i nie przyzwyczajenia do pracy fizycznej szybko powymiękaliśmy. Do pozytywów zaliczam bardzo smaczne kanapeczki na koszt firmy. Nie wiem skąd je wzieli ale były kupne i naprawde niezłe porównując z tym co sam sobie robie. Prawdopodobnie najlepsze kanapki jakie jadłem w Danii.

Ja już nie chcę na budowę!

Category: Duński dziennik
Date: November 4th, 2006

“O dżizas! Jestem absolutnie, kompletnie, totalnie zmordowany. Jak” - tyle udało mi się wczoraj napisać. Na więcej nie starczyło sił. Poszedłem spać. Robota strasznie wykańczająca. Nie chciałbym wybrzydzać ale gdyby nie te pieniądze to bym w życiu tam w piątek nie poszedł. Z drugiej strony te pieniądze są niewiele większe od przeciętnej płacy przy innych potencjalnych i znacznie lżejszych robotach. Po prostu wypadałoby się tym pointeresować a nie czekać aż wszystko samo do nas przyjdzie. Powiało tanią mądrościa, w dodatku pewnie powiem jedno, zrobie drugie.
Jak już wstałem około 18:00 to mnie Caleb napadł pomysłem imprezy na Skolhoju. Tuborg - popularny duński browar, robi co roku akcję promującą. W wielu miejscach miasta (zapewne całego kraju) można się napić w określonych godzinach darmowego piwa. Co więcej piwa o tyle nietypowego, że gwiazdkowego. W Danii mają dziwny zwyczaj produkowania i spożywania pod koniec roku specjalnie produkowanego na boże narodzenie piwa. Jest ono troche inne niż to dostępne w trakcie roku. Czy dobre to już kwestia gustu. Mnie nie smakuje. Dałem się w każdym razie namówić i poszliśmy na 20:00 do skolhojowego pubu gdzie cała impreza miała się odbyć. Niestety, Henremu się coś porąbało i musieliśmy czekać godzinę. Wszystko zaczęło się o 21:00 i trwało… 20 minut. Bowiem wbrew temu co Henry twierdził piwa nie rozdawali przez pewien określony czas tylko mieli przeznaczonych na ten cel 300 sztuk. Dwadzieścia minut zajęło spragnionym studentom zmęczenie tej ilości. Zasadniczo nalezałoby w tej sytuacji wracać do domu. Spotkaliśmy jednak znajome Niemki i razem z nimi udaliśmy się na piętrową imprezę w jednym z akademików. Nic wartego odnotowania, po prostu grupa nawalonych Duńczyków. W drodze powrotnej Henry zdradzał oznaki poważnego nadużycia alkoholu. Pruł gębę na środku ulicy, zatrzymywał samochody. Nie wiadomo było czy się do niego przyznawać. I żeby było śmieszniej na piętrze jeszcze spotkaliśmy francuzów. Zanim Henry spalił swojego obowiązkowego przed snem jointa i poszedł do łóżka zdążył jeszcze zapewne obudzić pół piętra i zrobić wielki burdel na stole i pod nim. Jego dip do chipsów ciągle przyozdabia podłogę. Nikt jakoś się nie kwapi aby go sprzątnąć.

“Tour de Blok” czyli zmieszaj 10 różnych alkoholi i przeżyj

Category: Duński dziennik
Date: November 6th, 2006

Na naszym osiedlu akademickim, jak zapewne na wielu innych, istnieje taka zabawa jak tytułowy Tour De Blok. Działa to na następującej zasadzie. Piętra, które zapragną partycypować organizują jakiś wystrój i alkohol po czym wszyscy chodzą od miejsca do miejsca pijąc i bawiąc się w każdym z nich. Nasze piętro okazało się wystarczająco rozrywkowe i podjeliśmy wyzwanie. Warto tu jednak wspomnieć, że budynki mają nieparzyste numerki do 21 (22 piętra) a łącznie w całej imprezie uczestniczyło 7 z nich. Z jednej strony to dobrze bo niemożliwością by było aby wszyscy studenci z tego osiedla mogli przebywać na jednym piętrze ale świadczy wymownie o rozrywkowości tutejszych studentów.
Zadanie zorganiozwania alkoholu udało nam się wypełnić. Grupa do zadań specjalnych zaatakowała sklep i powróciła z zestawem “jin + tonic”. Gorzej sprawa wyglądała z wystrojem. Należymy do ludzi wybitnie leniwych i nawet pomysł rodził się w bólach. Troche gasił wszelkie zapały Thomas, który jest chyba za stary i wszystko już widział. Co byśmy bowiem nie wymyślili stwierdzał “To już było”. Padły więc tak idiotyczne pomysły jak gejowskie piętro, polskie piętro czy też burdel piętro. Poziom jednym słowem wybitnie niski. Dzięki bogu lenistwo nasze było tak duże, że żaden z pomysłów nie ujrzał realizacji. W dzień imprezy (sobotę) zakupiono baloniki i chorągiewki z duńską flagą. Coś ktoś przebąkiwał, że to niby miało być francuskie piętro. No cóż, duńska flaga i baloniki są wybitnie francuskie. Ta żałosna ilość ozdób zawisła to tu to tam. Wyglądało jednak lepiej niż mozna się było spodziewać. Co prawda tematu do tego się nie dało dorobić. No chyba, że “baloon party”. Trzeba było sobie powiedzieć wprost, daliśmy ciała. Nie przejmując się jednak wcale ruszyliśmy na rajd po piętrach. Było miło, trochę się piło, trochę się nudziło.

Gdy przyszła kolej naszego piętra niezwykle spontanicznie narodziła się pewna idea. Mamy na piętrze wielki kufer (taki o wymiarach 1×1x2 metrów), który skrywa w sobie szereg skarbów jakie każde dziecko pragnęło by mieć. Przeróżne gry, zabawki i nikomu niepotrzebne pierdoły. Jak przyjechaliśmy to na pierwszym zebraniu pojawił się pomysł wywalenia tego w cholerę. Jednak kufer skrywa coś więcej, dzięki czemu dzielnie unika wywalenia na smieci. Są to prześliczne, plastikowe, kolorowe pistolety na wodę. Coś co podoba się każdemu bez względu na płeć i na wiek. Po co ta cała dygresja spytacie? Otóż owe pistolety na wodę posłużyły nam do rozkręcenia gości bardziej niż by to mogły zrobić baloniki. Nie wiem czy goście się bawili polewani na wejściu strumieniami wody. Myśmy mieli ubaw po pachy. Szczególnie, że widząc co się święci ludzie nie wchodzili grupą tylko każdy wykonywał po kolei szybki bieg w bezpieczne (odległe od wejscia) miejsce korytarza. Wyglądało to nieco jak chrzest na koloniach. Ach, byłbym zapomniał, przygrywał nam wesoło Captain Jack. Takie nasze kolejne zafascynowanie tandetą. Ile można słuchac 50 centa?
Nasze piętro nie wypadło może najrewelecyjniej. Prawdziwie genialne było piętro “krasnoludki i królewna Śnieżka”. Faceci z poprzyklejanymi do kolan butami, na klęczkach robili za krasnali. Przygrywała im znana wszystkim melodia “hej ho, hej ho”, którą dzielnie śpiewali. Drinki zaś rozdawała oczywiście królewna. Było również piętro w klimatach statku pirackiego. Nie tak śmieszne ale za to naprawde świetnie przygotowane. Natomiast wszelkie możliwe granice przekroczyło piętro w klimatach burdelu. Fajnie, że byli faceci poprzebierani za kobity co sprawiało śmieszne acz obrzydliwe wrażenie. Fajnie, że każdy dostawał na wejściu jakąś nalepkę z nazwą dolegliwości (ja dostałem impotencję). Tylko czemu do diabła w telewizorze leciało ostre (żeby nie powiedzieć chamskie) porno a na kanapie przed nim leżały chusteczki mające sugerować, że były już do czegoś użyte? Innymi słowy na granicy (lub nawet zdecydowanie poza, zależy od wrażliwości) dobrego smaku.

Rano oczywiście wszystko było obżydliwie brudne. Myśle jednak, że była to jedna z lepszych imprez jak do tej pory. Oby było ich więcej. I pamiętajcie drogie dzieci - alkohol szkodzi.

Zostać, nie zostać…

Category: Duński dziennik
Date: November 13th, 2006

Powoli zaczynamy dopytywać się tu i ówdzie jakie są nasze potencjalne możliwości pozostania tutaj. Nie to żeby nam się tu podobało. Jednak myślimy mocno nad opłacalnością pisania tu pracy magisterskiej. Uczelnia bądź co bądź ma lepszą renomę niż nasza łódzka. Co więcej ten nasz nieszczęsny wydział z roku na rok coraz bardziej się pogrąża. Nie nasza to wszak wina i zmartwienie, że wszyscy chcą kasy, kasy a potem ewentualnie kasy. Teraz rządzą prawa głąbów płacących za swoje wykształcenie. Wydział jednak na tym straszliwie traci bo poznaliśmy już dwoje polaków, którzy z niego zrezygnowali na korzyść tutejszej uczelni.
Czy nam się tu powiedzie to nie wiadomo. Istotne jest, że jesteśmy już na piątym roku. To oznacza, że (przynajmniej mi) nie będzie się chciało spędzić kolejnych dwóch lat na podjęcie studiów magisterskich. Taka opcja byłaby bowiem możliwa od ręki. Tyle, że w Polsce za 6 miesięcy mogę mieć dyplom ukończenia studiów i dumać sobie co dalej. Dwa lata mógłbym poświęcic na edukacje ale w swoim kraju. By jeszcze przez jakiś czas zasmakować studenckiego życia. Tutaj go nie czuję więc mógłbym to zrobić jedynie z pobudek finansowych (CV itp.). Kto wie? Może jednak uda się przepisać część przedmiotów (tu sytuacja do zastanowienia się) lub wszystkie (ideał - wchodzimy w ciemno). Jak się sprawa wyklaruje nie omieszkam o tym napisać. Chwilowo musimy przygotować listę przedmiotów jakie ukończyliśmy w Polsce wraz z ich angielskimi opisami. Z tym drugim może być ciężko. Nasz wydział nie mierzy jak już wspomniałem w górę. A to oznacza m.in., że ma w nosie owe angielskie opisy. Nie wiem czy możemy sobie je po prostu przetłumaczyć? To by prowadziło do łatwych nadużyć. Chwilowo tytułowe pytanie jest jeszcze mocno przedwczesne.

O tym jak pompka nie puściła Lestata na zajęcia

Category: Duński dziennik
Date: November 14th, 2006

Każdy kojaży piekło porannych podróży do miejsca szkoły, pracy bądź innego “niezwykle ważnego” celu. Najczęstsze problemy jakie mogą zabieganego człowieka wówczas spotkać to, w realiach łódzkich, zepsuty tramwaj lub autobus. Ci bardziej (lub mniej, kwestia gustu) szczęśliwi odbywają poranny rytuał odpalania samochodu. Jak jest on nienajnowszy a zima akurat dopadnie to też miewają nielekko. Ja zaś jako tymczasowy mieszkaniec kraju rowerów nie dotarłem dziś do szkoły z powodu pompki. Od dłuższego czasu obserwowałem nienajlepszy stan tylnego koła i dziś zdecydowałem, że czas je napompować. Tuż przed wyjazdem na wydział. Wentylek mam taki, że nasza pompka i tak do niego nie pasuje i przy próbie jej użycia na dzień dobry zlatuje całe powietrze. Jedyna rada to napompować “na raz”. Normalnie sprawa wykonalna ale nie z takim szmelcem z Netto za 20 koron. W ten sposób nie tylko nie mam napompowanego koła ale mam je całkowicie już sflaczałe.

Jak się spieprzy tramwaj bądź autobus to można chociaż ponarzekać na wstrętne MPK. A na kogo mam ja zrzucić całą winę? Na pompkę? Chyba niestety głównie na siebie bo powinienem spróbować napompować wczoraj wieczorem. Ech, tęskno mi do tramwajów i tych grubych motorniczych z wąsami, którzy tak pięknie się nadają na winnych wszystkich niezakończonych podróży do szkoły.

Zostanę poetą. To proste.

Category: Duński dziennik
Date: November 17th, 2006

Tęskno tu na obczyźnie za polskimi akcentami więc słucham prawie wyłącznie polskiej muzyki. Od paru dni mam nastrój na poezje śpiewaną. Na płycie z przebojami “35 lat Studenckiego Festiwalu Piosenki” znalazłem prawdziwą perełkę, której tekst skłonił mnie do pewnych refleksji. Zawsze uważałem bowiem, że poeta ze mnie żaden i co najwyżej częstochowskie rymy mogę klecić. Jednak arcydzieło, które zamieszczam w całości poniżej przekonuje mnie, iż “wierszopisactwo” nie jest wcale trudne. Wystarczy szablon zwrotki i można wystrugać na nim cały utwór.

Konrad Materna - Prośba o…
I nagroda - XXII Studencki Festiwal Piosenki, Kraków 1986

Nie lękaj się moje kochanie nie lękaj
Gdziekolwiek będe dla mnie graj
Przed nikim moje kochanie nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Trwaj

Nie lękaj się muzyko moja nie lękaj
Melodię wszystkim spragnionym jej daj
Przed nikim muzyko moja nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Graj

Nie pękaj mój przyjacielu, nie pękaj
Wszystko co możesz z siebie daj
Przed nikim mój przyjacielu nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Trwaj

Nie pękaj moja gitaro moja nie pękaj
Pomiędzy dłońmi moimi trwaj
Przed nikim moja gitaro nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Przed nikim nie klękaj
Graj

No i co myślicie? Skoro jest to jedna z najlepszych piosenek w 35-letniej karierze tego festiwalu to i ja mam chyba szansę. W wolnej chwili napiszę jakiś przebój. Tylko musicie obiecać, że go posłuchacie i będzie się wam podobał. Inaczej nici, nie będę się męczył na marne.

Razmus jak zrobi impreze to…

Category: Duński dziennik
Date: November 17th, 2006

Razmus, zrobił wczoraj niezłą rozrubę na piętrze. Już ze dwa tygodnie temu pytał się bardzo grzecznie czy może zrobić imprezę gwiazdkową dla swoich znajomych. Oczywiście się zgodziliśmy. Gdybym jednak wiedział, że przez nich nie obejżę Gwiezdnych Wojen, zapradę nigdy bym się nie zgodził. Przez trzy dni duńska stacja telewizyjna nadawała wszystkie części poza najnowszą. Wczoraj akurat wypadał epizod drugi. Chciałem film obejżeć bo do tej pory nie miałem okazji a tu co? Hałas jak jasna cholera. Tandetna muzyka na pełny regulator. Jakieś idiotyczne duńskie, pijackie piosenki. I to ze 3-4 w kólko. Co chwila ktoś wrzeszczy. Nie słyszałem ani słowa z dialogów w filmie. I teraz wyszło na to, że obejżałem Gwiezdne Wojny i ich nie zrozumiałem. Obciach na całego. Nie mogę nawet spojżeć w lustro.

Trochę bardziej poważnie, to jestem mile zaskoczony na ile zorganizowani potrafią być Duńczycy. Przyszło na oko ze trzydzieści osób. Każdy, jak przypuszczam, przyniósł coś do jedzenia, którego w efekcie mieli w bród. Byli też doskonale zaopatrzeni w piwo. Naprawde w fazie początkowej wyglądało to jak wigilijna kolacja. Oczywiście do czasu aż się urżnęli. Z jednej więc strony Duńczyk spontaniczności, tak bliskiej Polakom, nie znosi ale o nietowarzyskość nie można ich posądzać. Jak się już zgadają to potrafią się bawić wyśmienicie.

Jakby ktoś przebrnąwszy przez ten wpis zastanawiał się kim u diabła jest Razmus śpieszę z wyjaśnieniami. Jest to Duńczyk spokojnego usposobienia mieszkający pomiędzy mną a Włosem. Imprezował z nami słownie raz i to też raczej przez moment. Za to ma diabelnie śliczną dziewczynę i chyba jeszcze śliczniejszą siostrę. Siostra to pół biedy bo pojawia się od święta. Za to ta jego cholerna połówka przesiaduje tu całe dni i noce i ma dziwną tendencję do noszenia takich ciuchów, że się skupić nie można. Inną ciekawostką związaną z tymi zakochanymi żuczkami jest to, że jak się pojawiają razem w kuchni to nie ma siły, muszą zacząć się obściskiwać. I to nie żadne tam przytulanie czy mizianie się po rękach. Jak się jedno do drugiego czasem przyssie to nie wiadomo czy zostać czy dyskretnie udać się w inną część korytarza. Ja obstawiam, że kiedyś dojdzie do hopsztosów na desce do krojenia habaniny. Czego i wam i sobię, na zakończenie, serdecznie życzę.

Sukcesy i porażki. A jak porażki to tylko z rowerem.

Category: Duński dziennik
Date: November 21st, 2006

Powolutku przestawiam swój wewnętrzny zegarek spowrotem na normalne godziny. Mocno się rozregulował i ostatnimi czasy zacząłem chodzić o 6-7 nad ranem spać a budziłem się o 17. Poważnym problemem jest wówczas brak kontaktu ze słońcem czy nawet tą szarą namiastką jaką można ujżeć w pochmurne duńskie dni. Wczoraj wstałem o 12:00, dzisiaj już o 10:30. Jest więc naprawde nieźle.

Byłoby to jednak drobne kłamstewko z tymi sukcesami w stawaniu gdybym nie wspomniał, że dziś wstałem tak wcześnie ze względu na zajęcia. Szczególnie drugie z kolei, wykład z Network Protocols, były niezwykle istotne. Od kilku tygodni w ogóle ich nie mieliśmy. Naszym zadaniem było bowiem pisać dzielnie projekt w domku. Dziś zaś spotykaliśmy się aby omówić progres. Każda grupa miała za zadanie przedstawić krótko cele i założenia oraz postęp w swoim projekcie. Myśmy mieli nie lada problem bowiem nie specjalnie mamy się czym pochwalić. W bólach udało nam się wczoraj spłodzić 5 slajdów prezentacji, łącznie ze stroną tytułową. Występowaliśmy jako ostatni więc zdrowo się nanudziliśmy. Straciliśmy w zasadzie 3 godziny słuchając jak inni mają więcej, mniej lub podobnie i lekko się stresując jak to będzie gdy nam przyjdzie się spowiadać. W praktyce wyszło jednak całkiem nieźle. Trudno powiedzieć czy wykładowca był już zmęczony czy nasze wystąpienie było tak wyczerpujące ale nie zadał nam praktycznie żadnego pytania. A takie pytanie mogło nas lekko pogrążyć bośmy troche nakłamali o tym naszym rzekomym progresie

Pomimo tych wszystkich sukcesów miałem dzisiaj pecha do kluczy. Z rana wychodząc zatrzasnąłem wszystkie swoje w pokoju. Mały to problem bo mamy zapasowe u siebie nawzajem dzięki czemu zawsze jest wyjście z tych dramatycznych sytuacji. W każdym razie dopóki wszyscy nie zatrzaśniemy swoich kluczy jednocześnie. Prawdziwy dowcip tygodnia zaskoczył mnie jednak dopiero przy powrocie z wydziału. Po raz drugi już tego dnia używałem zapasowego kluczyka do swojego zamka w rowerze. Kluczyk ten dzielnie nosi ze sobą Włos. Tym razem jednak po krótkiej szarpaninie w ręku pozostał mi jedynie uchwyt do niego. Mój rower stoi sobie więc smętnie pod wydziałem ze złamanym kluczem w zapince. Ja zaś musiałem wrócic autobusem. Jak to będzie dalej to się okaże bo diabli wiedzą na ile łatwo będzie ten problem rozwiązać.

Lestat - złota rączka

Category: Duński dziennik
Date: November 22nd, 2006

Udało mi się naprawić guziczek od T23. Już się chyba wszystkim chwaliłem. A zaręczam, że sprawa to nie prosta. Wyjąłem go pewnego wieczoru bo było pod nim tak wiele syfu, że się nie chciał wciskać. Mina mi jednak ostro zrzedła gdy zobaczyłem, że poza samym przyciskiem, w środku są 3 drobne elementy i jeszcze gumka, która też jest luzem. Ponieważ byłem już po trzech piwach więc zostawiłem to na dzień następny. I oczywiście sukces. Dowiodłem, że choć tytułu inżyniera nie posiadam to jestem nim od urodzenia.

Tego samego dnia wyjąłem złamany klucz z zapięcia roweru przy pomocy wyciskarki do czosnku. Także wszystko znowu jest w najlepszym pożądku. Przy okazji użyłem pożyczonego WD-40, potrafi zdziałać cuda. Zamek chodzi jak marzenie.

Włos ostatnio nie sypia. Trudno powiedzieć dlaczego. Może zamierza zostać tybetańskim mnichem.

Ooo… to będzie mądre

Category: Duński dziennik
Date: November 24th, 2006

Do czego służy blog? Jeszcze niedlugo przed tym jak zacząłem prowadzić tę stronę uważałem, że głownie do podbudowywania swego ego. Ewentualnie do wylewania swoich żalów, kompleksów lub wypierdów intelektualnych. Taki internetowy ekschibicjonizm. Blogi bowiem z tych co widziałem (głównie onetowe gnioty) były zawsze prowadzone przez niedowartościowane nastolatki. Przeważały mroczne klimaty i wywody na temat “sensu istnienia”. Panienki w wieku lat 15 mają tendencję do afirmacji wszelkich skoków z okna, podcinania sobie żył czy zaćpowy… zaćpyw… ok, do przedawkowań wszystkiego co szkodliwe. Kochają teksty Mansona i Chylińskiej. Sami więc rozumiecie, że blog znaczył tyle co tandeta.
Nieco przed moim wyjazdem tutaj spodobała mi się sama idea, bodajże Włosa, aby prowadzić w Danii pamiętnik. Oczywiście w formie elektronicznej, jak na informatyków przystało. Cóż jest zaś lepszym odpowiednikiem pamiętnika niż blog? Początkowo miały być to bzdety dla mnie i ewentualnie dla pewnej Ani. Zainteresowawszy się jednak troche bardziej tematem miałem okazje obejżeć wiele przykładów, gdzie autorzy nie tylko nie byli nastoletnimi dziewczętami ale jeszcze na dodatek mieli naprawde sporo ciekawego do powiedzenia. Zaskakujące jest jak blogi stały się np. formą dzielenia się z ludźmi swoją fachową wiedzą. Mnóstwo ich w sieci, zakładanych przez zapaleńców tylko po to by opisywać co nowego wymyślili w ramach swojej fiksacji. Jest to więc niebagatelne źródło wiedzy. Wizualnie też wyglądają one o niebo lepiej niż blog na onecie. Ładny wystrój strony może sobie wydłubać samodzielnie co dziesiąty czy dwudziesty autor. Reszta musi i powinna zdać się na gust i wyczucie smaku ludzi chojniej obdarowanych przez los. Dzięki temu zawarte treści czyta się znacznie przyjemniej.
Ale do czego ja tak naprawdę dążę w tym swoim wywodzie? Do prostego pytania. A po diabła ja to robię? Dzisiaj doznałem olśnienia. Jest to moja ucieczka przed konstruktywną pracą. Zamiast teraz robić Advanced Web Technology siedzę i klepię wpis, który ani nie jest mądry, ani odkrywczy, ani nawet ciekawy. Wszystkich leni zachęcam więc serdecznie do założenia sobie bloga. Zawsze gdy będzie coś ważnego do zrobienia będziecie mogli z czystym sumieniem to olać. Bo przecież “od dwóch dni nic nowego nie wpisałem!”. Ech… doskonały wynalazek.

Oczywiście w tytule żartowałem. Ha! Daliście się nabrać?

Tymczasem Włos w końcu poszedł spać i przespał cały dzień. Jak widać każdy kiedyś musi i taki z niego tybetański mnich jak z koziej dupy trąbka.