Praca popłaca
Category: Duński dziennikDate: November 2nd, 2006
We wtorek Honorata podrzuciła nam robotę u niejakiego Johna. Prawdziwe wyzwanie dla informatyków takich jak my. Popierdzielanie po drabinie, inaczej pomagier do robót przy dachu. Cóż, trzeba było wstać na 7:30. Do sprawy podeszliśmy bardzo odpowiedzialnie, położyliśmy się zaraz po dobranocce (jakaś 2:00). Rano było mimo wszystko strasznie. Ciemno, zimno i daleko do łóżka. Wstałem, zobaczyłem Włosa (od razu gożej mi się zrobiło), zjadłem jakieś gnojne grzanki. Profilaktycznie kawę przygotowałem sobie na ostatnią chwilę. Pogoda za oknem taka, że psa by człek z domu nie wygonił. Dobry dzień na samobójstwo. W końcu Włos błyskotliwie proponuje “a może by sprawdzić komórkę?”. No i oczywiście okazało się, że robota nieaktualna bo pogoda nie nadaje się do pracy. Szczęście w nieszczęściu. Nie wiem jak to inaczej nazwać. Teraz trzeba by tylko iść spowrotem spać.
Spać owszem grzecznie poszedłem. Niegrzecznie za to spałem bo za długo. Jak zwykle pół dnia straciłem w łóżku. Co więcej czułem się fatalnie po przebudzeniu. Przez to głównie czas spędziłem całkiem bezproduktywnie. W ramach relaksu obejżeliśmy Leaving Las Vegas. Dzięki tej wybitnej i ambitnej produkcji poczułem się jeszcze gorzej. Bardziej dołującego filmu jakoś nie moge sobie przypomnieć. Nie mieliśmy pewności czy praca będzie dnia następnego czy nie. Z lenistwa nie zadzwoniliśmy by się dowiedzieć. Ponieważ jednak istniało przypuszczenie, że tym razem pogoda dopisze rozsądek nakazywał położyć się wcześnie spać. Rozsądek sobie nakazywał i nakazywał, tak długo to robił aż tu nagle zrobiła się czwarta. Pogoda oczywiście z nas zadrwiła i John zadzwonił z radosną nowiną. Wywlokłem włosa z łożka. Trzydzieści minut okropnie nudnych porannych czynności i byliśmy już w samochodzie. Oczywiście zimno jak sto diabłów. Dostaliśmy na pocieszenie fajne kufajki. Prawde powiedziawszy nie miałbym nic przeciwko chodzeniu w takiej po ulicy. Wyglądała jak przyzwoita kurtka. Tak przecudnie ubrani rzuciliśmy się w wir pracy, którą było… znoszenie dachówek z rusztowania. Do tego doszło taszczenie desek i rożnego śmiecia z demontarzu dachu. Cud malina praca. Przez większość czasu byłem absolutnie pewien, że drugi raz tu nie przyjdę. Pracowaliśmy z jeszcze jednym facetem, który pomagał Johnowi przy “fachowych sprawach”. Bardzo sympatyczni goście. Niestety za sprawą zimna i nie przyzwyczajenia do pracy fizycznej szybko powymiękaliśmy. Do pozytywów zaliczam bardzo smaczne kanapeczki na koszt firmy. Nie wiem skąd je wzieli ale były kupne i naprawde niezłe porównując z tym co sam sobie robie. Prawdopodobnie najlepsze kanapki jakie jadłem w Danii.