Archive for October, 2006

Piątko-soboto-niedzielo-poniedziałek

Category: Duński dziennik
Date: October 2nd, 2006

Cholera! Włos ubiegł mnie znacznie w opisie piątkowo-sobotnich wydarzeń. Trzeba to szybko nadrobić. Przejdźmy od słów do czynów. Chciałbym powiedzieć kilka słow…

W piątek szykowała się imprezka na Skolhoju (tak mniej więcej to się czyta). Jest to inny kompleks akademików niedaleko stąd. Jakieś 15 minut na piechotę. Jedynym naszym łącznikiem, że tak powiem wtyczką, była Lila. Długo nie mogliśmy się zdecydować czy chcemy tam iść czy nie. Dopadło nas bowiem bardzo tu powszechne lenistwo. Kto wie czy byśmy poderwali nasze tyłki gdyby nie Henry. Pojawił się nagle po 2 dniach nieobecności. Opowiedział, że cały ten czas imprezował. Gdy tylko usłyszał zaś, że mamy nagraną jakąś imprezke zapytał czy może nam towarzyszyć. Mocno nas tym zmobilizował. Strzeliliśmy po 2 browary, rozrobiliśmy wódeczkę i już byliśmy gotowi. Po drodze Henry kupił jeszcze dwie siatki piwa, które cierpliwie tachałem na plecach. Wypadałoby opowiedzieć teraz nieco jak ten Skolhoj wygląda. Po pierwsze jest chyba bardziej na uboczu. Być może jednak szliśmy od zadupiastej strony. Wszystko oglądaliśmy w nocy, trudno ocenić jak to wygląda za dnia. Moje wrażenia są jednak takie, że teren jest znacznie większy. Budynków jest więcej i są duże w porównaniu z naszymi bloczkami. Są również znacznie ciekawsze architektonicznie. Podczas gdy my mamy zwykłe pudełka tam mieli spadziste dachy i naprawde zaskakujący układ korytarzy w środku. Przy czym wydaje mi się, że pomimo większych rozmiarów piętra nie straciły swojej przytulności. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły bo przyznam szczerze nie zwiedziłem tego miejsca na tyle aby złapać ogląd na całość. Wrażenie jest jednak bardzo pozytywne a z opowieści wiemy, że jest tam znacznie weselej niż u nas.

Sama impreza była zainicjowana przez niejakiego Artura. Wyjeżdżał na troche (po prawdzie to chyba ledwo ze dwa tygodnie) do Polski i wydało mu się to nadzwyczajne na tyle aby znależć w tym powód do picia. Na miejscu było jeszcze ze trzech Polaków. Dwóch z nich zdecydowanie nie wyglądało wiekiem na studentów. Jak się rychło okazało pracują w Danii w fabryce krewetek. Więcej pewnie mógłby tu opowiedzieć Włos bowiem spędził z nimi zdecydowanie większość czasu. Całość była zwykłą posiadówą przy wódce. Z całą pewnością jednak lepszą od wszystkiego co do tej pory wydarzyło się u nas w akademiku. Gdy zaś sprawa zaczęła przycichać przenieśliśmy się do pobliskiej knajpki. To kolejny przemiły element tego osiedla. Całkowicie studencki i na miejscu pub. Nie znam niestety ceny piwa bo żadnego nie kupiłem. Piłem wstrętnym polskim zwyczajem swoje spod stołu. Była mała zadyma z kolegą Duńczykiem o nieznanym mi imieniu. Przyszedł, zatelepał się w okolicy stołu po czym z pełnym luzem wyrzucił moje toboły leżące na krześle gdzieś pod ściane. Pewnie by było ok gdyby nie to, że prułem się do niego zanim to zrobił aby je zostawił bo są moje. Pewnie nie zrozumiał lub nie usłyszał. Oczywiście skończyło się na szamotaninie, duńczycy nie są agresywni. Gdzieś tam w międzyczasie pojechali rodacy od krewetek. Zrobiło się późno i smętnie. Byliśmy również umówieni następnego dnia na robotę. Zostawiliśmy więc Lilę i Henry’ego i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Taaak… droga powrotna to coś co wymaga oddzielnego akapitu. Dotarłszy do ulicy staneliśmy przed nielada dylematem. W lewo czy w prawo. Sprawa nie była prosta bo zdania były podzielone i nadzwyczaj niepewne. Z żalem przyznaje się do bycia autorem wersji z której skorzystaliśmy. Noc byłą naprawde urokliwa a my mieliśmy już nieźle w czapie. Zamiast trzymać się asfaltu skręciliśmy z drogi by podążyć czymś co zdawało się być świetnym skrótem. Pełni przekonania, że zdążamy we właściwym kierunku mijaliśmy dziwne ścieżki, place zabaw, domy mieszkalne. W Polsce teren taki mógłby z powodzeniem uchodzić za park. W Danii to normalne tereny mieszkalne na obrzeżach miasta. Włos co chwila pokładał się znurzony imprezą i wydłużającą się drogą. W końcu stwierdziliśmy zgodnie, że ni cholery nie wiemy gdzie dalej. Nieco podłamani zaczepiliśmy siedzących w wyłączonym samochodzie chłopaszków, na oko typowych mieszkańców ghetta na Brabrandzie. Troche wyglądali jakby nas chcieli zrobić w konia, proponowali nawet, że jak im zapłacimy to nas podwiozą. W końcu jednak pokazali nam kierunek. Pełni nadziei poszliśmy w te strone i…. wróciliśmy dokładnie do punktu wyjścia. Poczuliśmy się jak w BlairWitch Project. Nie poddaliśmy się jednak zabobonom i tym razem poszliśmy w drugą stronę. Bardzo szybko okazało się, że słusznie. W ciągu 10 minut byliśmy w akademiku. Wcale nas to nie zdziwiło, że na miejscu byli już Lila i Henry. Zdziwili nas jednak goście siedzący przy stole. Było to 3 zdecydowanie czarnych facetów z Somalii. Znaleźli się podobno na stacji benzynowej. Mieli ze sobą patyki z których obdzierali korę i namiętnie ją żuli. Zachwalali to jako świetny patent na dobry humor. Innymi słowy jakaś używka. Nie powiem, spróbowałem i nic. Poza tym, że poczułem się jakbym żuł patyk. Nie sprawiło mi to jednak tyle radości aby wprawić mnie w dobry humor. Może to dlatego, że wcale mi go nie brakowało. Trochę się chlało, troche gadało, głownie już chyba jednak bez sensu. Czarni męczyli Włosa o kogoś sławnego kto niby miał być z Polski. Szukali coś w google, została z tego pamiątka w postaci zapisanej róznymi wersjami imienia karteczki. Z innych pamiątek pozostał upierdzielony stól pełen niedopitych puszek piwa, pełnych petów popielniczek i wszelakich śmieci, które złośliwie nie chciały same iść się wyrzucić. Ranek przywitał nas bólem głowy…

A wstać trzeba było. Wszak czekała praca. Budzik miałem nastawiony na 12:00. Wstałem o tej godzinie jedynie po to aby wziąć apap, umyć zęby i położyć się jeszcze na godzinke spać. Później tylko kawa, drugi apap i mogliśmy jechać. Nasze miejsce kontaktowe okazało się być kiermaszem charytatywnym. Wygląda to tak, że w hali wyglądającej jak magazyn mieszczą się stoiska z przeróżnymi śmieciami. Są to głównie rzeczy, które ktoś oddał bo nie używał, być może również wygrzebane gdzieś już po wyrzuceniu. Trudno ocenić, z duńskiego punktu widzenia kupa tandety. Bajer polega na tym, że do pewnej godziny (w tym przypadku zapewne 14:30) sprzedawcy starają się spieniężyć co się da. Na koniec pieniążki są podliczane i idą na jakiś szczytny cel. Ci którzy uzbierali najwięcej cieszą się najbardziej. Ot taka mini WOŚP. Co robi więc tam nasz biznesman? Otóż to co się nie sprzeda idzie na śmieci. Przykładowo duże ilości mebli, których nikt nie chciał zostały brutalnie połamane i powrzucane do kontenerów. Niewiele lepszy los czeka zapewne sprzęt elektroniczny choć tego nie wiemy na pewno, takich urządzeń nie wolno wyrzucać gdzie popadnie. Na koniec gdy czas się kończy nasz pracodawca przychodzi, kupuje wszystko za bezcen i wysyła do Afryki. Dla ludzi zajmujących się tym kiermaszem to bardzo przyjemna sprawa bo inaczej sami musieliby się z tym męczyć. A tak ktoś przychodzi, wynosi wszystko i problem z głowy. Naszym zadaniem było więc np. opróżnienie regałów pełnych szkła i ceramiki i upakowanie tego w pudła. Duńczyka nie obchodziło specjalnie jak to jest spakowane. Myśle, że jeśli tylko 70% przedmiotów przetrwa podróż będzie on usatysfakcjonowany. Do tego doszło jeszcze troche telewizorów, kolumn, magnetofonów, kilka worków ciuchów i diabli wiedzą co jeszcze. Wszystko to pakowaliśmy do jego samochodu i woziliśmy na położone niedaleko złomowisko gdzie stały jego 3 kontenery. Wyglądały koszmarnie, zupełnie jakby spadły z kilkudziesięciu metrów. Miały wgniecenia głębokie na więcej jak pół metra, często nawet wybite dziury. Najwidoczniej to niczemu nie przeszkadzało. Najważniejsze było aby poukładać te graty jak najciaśniej. Na pare rzeczy mocno zaczeliśmy się ślinić. Przykładowo na te jego kolumny. Bardzo nam tu brakuje w akademiku muzyki. Dźwięk z laptopów jest obrzydliwy. Spytaliśmy więc zaczepnie czy by nam nie odsprzedał czegoś. I tu miłe zaskoczenie. Powiedział, że możemy sobie wziąć co chcemy. Mamy więc 2 pary kolumn Pioniera, stary ale grający wzmacniacz firmy Fona i następny rower. Wszystko to z dostawą do domu. W pracy gasiliśmy pragnienie piwem na jego koszt. Zarobek też nie był bagatelny jak na to ile pracowaliśmy (5,5 godziny). Jednym słowem bajka. Szkoda, że tylko raz na trzy tygodnie będzie taka robota. Jednak jeśli tylko facet do nas zadzwoni idziemy jak w dym!

W niedzielę Włos miał urodziny. Coś jeszcze? Nawet jeśli, nie pamiętam. Podobnie atrakcyjny wydaje się dzisiejszy dzień. Wszystko dlatego, że piątek i sobota były tak pełne wrażen. Ach… udało mi się odpalić ten wzmacniacz. Mam co prawda kabelek zrobiony na “patrz na mnie ale nie rusz mnie”. Bardzo pomocne były tu patyczki do uszu Caleba. Gra w każdym razie aż miło. Puszczam swoją ulubioną muzyke również sąsiadom. To naprawde miłe dzielić się z innymi.

Tytułu brak, bo tak!

Category: Duński dziennik
Date: October 8th, 2006

No ładnie! Coś się nie staram. Coraz dłuższe te odstępy pomiędzy kolejnymi wpisami. W tym będę musiał zdać relacje z całego tygodnia, dokładniej od wtorku. Spróbujmy….

Wtorek był o tyle wyjątkowy, że mieliśmy ćwiczenia/laboratorium z Networking. W tym celu musieliśmy niczym harcerze na podchodach podążać wywieszonymi to tu, to tam, strzałeczkami by dotrzeć do odpowiedniej sali. Salą zresztą nazwać tego nie można. To była raczej klitka, taka kanciapa na graty, którą ktoś postanowił zaadoptować na potrzeby zajęć. Ja rozumiem, że mieliśmy się poczuć jak w małej serwerowni ale bez przesady. Pomieszczenie wielkości mojego pokoju, 5 komputerów, 12 osób, całość żeby było bardziej “serwerowniowo” w piwnicy z obowiązkowymi rurami biegnącymi wszerz i wzdłuż. W sumie całe zajęcia były jak to pierwsze wrażenie - do bani. Robiliśmy ćwiczonka z przygotowanego scenariusza. Były zasadniczo mało ciekawe, zero współpracy pomiędzy grupami. Grupy były chyba tylko po to aby zminimalizować ilość potrzebnych stanowisk. Połowę z tego co tam było wiedziałem, drugiej połowy nie wiem nadal. W porównaniu z jakością wykładów bryndza.

Środa była senna. Na tyle senna, że przespałem połowę wykładów. Coraz bardziej mi się przestawia zegarek, późno chodzę spać, jeszcze później wstaje. Potem chodzę nieprzytomny. Dni zresztą zaczynają być szare. Co tu dużo mówić, jesień idzie, nie ma na to rady. W środę z rana wyjechała mi kobita. To trochę dziwnie brzmi, że “mi” bo to ja już dawno wyjechałem od niej. Fakt jednak pozostaje nie zbity, że nie było jak z nią pogadulić wieczorami. Dodatkowo wiem gdzie ona się szlajała (Karpaty) i bardzo mi żal było (i jest nadal), że partycypować w tym nie mogłem. Szczególnie, że wyjazd był w ramach jej studiów, z innymi studentami i bardzo mądrą (wręcz za bardzo) kadrą. Taka kadra szczególnie to coś czego jeżdżąc na własną rękę się nie uświadczy. Bo skąd ja węzmę człowieka, który potrafi w dowolnym miejscu stanąć i zrobić godzinną pogadankę o kamyczkach chrzęszczących pod jego butami, albo o wyjątkowo nieciekawych chwastach, które każdy normalny człowiek nazywa po prostu trawą.

Chyba mógłbym określić czwartek i piątek jako “bez kobity”. I to mniej więcej będzie na tyle. Staraliśmy się pracować dzielnie. Tak jak napisał na swym blogu Włos będzie niedługo trzeba się rozliczyć z niektórych przedmiotów. Efekt kwartalnego systemu studiów. W Polsce ludzie nie zdążą nawet się dobrze rozkręcić i poczuć, że rok się zaczął a my będziemy mieli egzamin. Na szczęście jeden i jak chodzą słuchy prosty. Za to projekt z niego daje nam mocno w kość a bez niego nie dane nam będzie nawet podejść do egzaminu.

Wczoraj staraliśmy się napisać coś z Compiling. Nie wyszło. To nic strasznego bo mamy już kod ale troche mnie martwi, że nie swój. Z jednej strony coraz bardziej postrzegam dłubanie tych projektów na Compiling jako stratę czasu, z drugiej boję sie co będzie na egzaminie. Trzeba by tam coś rozumieć. Najwyżej poradzę się Tomgama - kolegi z uczelni, który jest mistrzem w posługiwaniu się nie swoim kodem.

O dzisiaj się nie ma co rozpisywać, wstałem prawie o 15:00. Kompletna porażka. Mam nadzieję, że mobilizująca. Zaraz biegnę coś zjeść i do roboty.

Ach! Zmieniłem szatę graficzną. Bardzo proszę o wszelakie opinie na ten temat. Jest to zmiana drobna i być może nie do końca pasująca do reszty. Wszystko jednak przez to, że założyłem bloga kobicie. W końcu nieboga sama będzie jechała za pare miesięcy na zsyłkę to niech już się wprawia. Wracając natomiast do zakładania owego bloga, bardziej się przyłożyłem do strony wizualnej (czytaj wybrałem ładniejszy wygląd z tysięcy dostępnych w internecie) i ten mój nagle wydał mi się szkaradny. Szczególnie ta paskudna pusta górna belka. Przejżałem więc na szybko wszystkie nacykane w Danii zdjęcia i oto jedno z nich. Park w okolicach uniwersytetu. No i co? Chwalcie!

Później coś wymyśle…

Category: Duński dziennik
Date: October 10th, 2006

Ktoś ukradł pana Grechutę. Jak zwykle przy takich okazjach społeczność internetowa odpowiedziała na to wspólnym eksponowaniem niezwykłego żalu jaki ich dosięgnął. Doprawdy mnie zastanawia gdzie to wszystko podąża. Na gazecie.pl w oczy wali link zatytułowany “Zapal świeczkę na forum [’][’][’]”. Co to jest? Ten kretyński proceder, który wielokrotnie moim zdaniem jest połowicznie generowany przez zwykłych jajcarzy nagle stał się wspierany przez same portale. Komu to potrzebne, czytać tego się nie da bo ludzie się tam silą na jakąś ekspresję. Cóż jednak może wypocić na zawołanie młody człowiek co Grechuty zna trzy hity i to tylko dlatego, że dziadkowie mieli w zwyczaju słuchać pierwszego programu PR. Na onecie księga kondolencyjna. Nawet nie wchodzę bo cóż tam mogę zobaczyć? Wielkie szczęście, że pan Grechuta nie był ulubieńcem sformatowanych rozgłośni radiowych i dzień po jego śmierci portale zajęły się czymś bardziej czytliwym. Zaś wczorajszy “nieutuleni w żalu” wrócili do Britney Spears. Boję się co jeszcze może wymyśleć ten pieprzony zglobalizowany świat. Prawdziwą paranoję mieliśmy już okazję oglądać z okazji śmierci papieża. Weźcie ludzie zamiast marnować czas na takie gówna usiądźcie sobie w spokoju i podumajcie o tym co straciliście.

Jest progres! W końcu zaczęliśmy się posuwać do przodu w projekcie z Networking. Już zacząłem się bać, że będziemy się tak w tym babrać do usranej, za przeproszeniem, śmierci. Przy okazji mocno się nakręciłem pisząc kod z użyciem całkiem nowych rzeczy. Włos nieco marudził bo kod ten był jedynie bajerem, bez którego byśmy się pewnie obeszli. Teraz jednak mam dobre przeczucie, że jak przyciśniemy z robotą to wymodzimy taki program, że im tam wszystkim na uniwerstytecie kopary poopadają. Ha! Grunt to pozytywne myślenie.

Dziś rozkopali nam coś pod samymi oknami. Mała koparka posprzątała z trawy pas szerokości jednego metra. Mogę tylko domniemywać, że to jakis patent na robactwo wchodzące do pokoi na parterze. Włos ma bardziej spiskową teorie. Wg niej to podkop tworzony przez okolicznych śniadych mieszkańców Brabrandu, którzy chcą nas stąd wykurzyć i tym samym powiększyć swoją przestrzeń życiową. Cóż, zapewne to efekt zbyt długiego czasu spędzonego przed komputerem i niezdrowego żywienia.

Mieliśmy ostatni wykład z Networking. To daje mocno do myślenia. Lada moment koniec pierwszego kwartału. Trzeba by więc tym bardziej wziąć się dziarsko za projekty. Do pracy rodacy! Do fabryk, do roli! Jak już to skończymy, będziem chlać do woli!

Ach! Idziemy z Calebem po “piętrowe piwo”. Mam nadzieję, że to nie wpłynie negatywnie na naszą pracowitość.

Środa - dzień cudów

Category: Duński dziennik
Date: October 14th, 2006

W środę była imprezka! Tak się jakoś złożyło. Zasadniczo te cholerne nieroby na naszym piętrze (nie będę mówił które) co wieczór coś sobie aplikują. My jednak należymy do ludzi odpowiedzialnych i pracowitych więc imprezujemy tylko czasami. Ale od początku. Po wykładznie z Compiling, który tradycyjnie przespałem (a nawet był ciekawy) Przemo, o twarzy koloru papieru śniadaniowego i zielonych worach pod oczami, stwierdził, że bez dwóch zdań idzie spać. Cóż mogę powiedzieć, dzielny z niego człowiek. Robił do późna projekt z Compiling. Lila za to wyglądała na zdecydowanie niewyżytą towarzysko. Doszliśmy więc do pewnych wniosków, trzeba się spotkać na wino. Tak też się stało. O 20:00 czasu duńskiego (taki sam jak polski ale jak czadowo to brzmi!) popłynęły na naszym piętrze dźwięki obowiązkowego hymnu każdej dobrej imprezy: “In da club” mistrza Pięćdziesiąt Centa. Zwapniałym czytelnikom bloga proponuję spytać dzieci o co chodzi. W tak cudownie siarowych warunkach akustycznych mogliśmy już z czystym sumieniem otworzyć kartoniki taniego wina (po 17 dkk).

W trakcie imprezy nastąpiły dwa zdarzenia paranormalne. Po pierwsze pojawiło się na piętrze łącznie chyba 5 dziewczyn. W jednym czasie! Dokładnie nie powiem ile ani nie wymienię co to były za panie. Fakt jest jednak taki, że takiej sytuacji to jeszcze chyba nie było odkąd tu jesteśmy. Drugim świadectwem świętobliwości naszego piętra był “cud z butelkami”. Nieco już pozbawiony właściwej percepcji Włos telepiąc się po kuchni stwierdził, że strasznie tu dużo prawie nieruszonych butelek z piwem. Bardzo zbulwersował się takim marnotrastwem i zaproponował mi abyśmy to spożyli. Nie ma sprawy pomyślalem, chwyciłem pierwszą z brzegu butelkę i radośnie stuknęliśmy się butelkami nad stołem. I tu stała się rzecz dziwna, w każdym razie jak żyje czegoś takiego nie widziałem. Oto bowiem w ręku włosa ostało się z butelki jeno kawałek szyjki - tzw. tulipanek. I to pewnie byłoby szalenie śmieszne gdyby nie to że toastu dokonaliśmy idealnie nad leżącą na stole otwartą torbą Lili pełną książek i babskiego bałaganu. Akcja ratunkowa była przeprowadzona szybko ale już w sprawność szczerze wątpię. Minę Lila miała nietęgą jak to zobaczyła. Na koniec z pokoju wyszedł Thomas i spytał się kto mu podpieprzył ze stołu piwo.

Lila chyba nie wytrzymała naszego skandalicznego zachowania bo niedługo potem się ulotniła. Za to pojawił się Kos i z rozbrajającą radością stwierdził, że ma mnóstwo wódki. Po raz pierwszy miałem okazję pić ruską wódkę. Pojawiła się gitarka i piosenki znane i lubiane. No może przesadziłem, poprzestańmy na tym, że były znane. Żeby przybliżyć wam beznadziejność tego repertuaru przytoczę parę przykładów: Dr. Alban - Don’t trust you, Britney Spears, Micheal Jackson, 2Unlimited i piosenka z duńskiej reklamy z kurczakami. Szczególnie ta ostatnia jest wybitna, najbardziej w warstwie tekstowej. Leci to mniej więcej tak: kła, kła, kła, kła…. kła, kła, kła, kła…. kła, kła, kła, kła…. Kła, Kła! Jeśli będzie zainteresowanie to spróbujemy z Calebem to nagrać i wrzucimy na bloga swoją wersję.

Kos się zmył przy drugiej połówce wykazując nieprawdopodobnie zdrowy rozsądek. Zapowiedział, że zamierza jutro wstać na wykład. Zrobiło to na nas wrażenie, nie powiem. Trochę popsuł to wrażenie fakt, że Kos spał smacznie do godzin późno popołudniowych i na żaden wykład nie poszedł.

Lila chyba się już nie gniewa. Ale pewności nie mamy.

Ach, tego samego dnia byłem napastowany w Netto.  Poszliśmy tam z Calebem po jedzonko i wino na wieczór. Gdy z niezdecydowaniem przeglądałem mrożonki podeszła Dunka w wieku powiedzmy 45 lat i zaczęła mi doradzać co powinienem kupić. Moja nieufność zaczęła wzrastać gdy przejżała nasze koszyki i zaangażowała się bardzo w sprawy naszego żywienia. Rozmowa się kompletnie nie kleiła i gołym okiem było widać, że temat kurczaczka i pieczywka to tylko przykrywka. Przemiła pani wionęła zresztą z lekka alkoholem i miała zdecydowanie figlarne spojżenie. Zupełnie jakby mówiąc o jedzeniu miała na myśli nieco inne ludzkie potrzeby. Jakoś udało nam się uciec. Trzeba jednak uważać. Za talerz jedzenia nie zamierzam się pakować w takie historie.

O dwóch takich co wrócili do kraju, gdzie dwóch innych przebrzydłych rządy sprawuje

Category: Duński dziennik
Date: October 21st, 2006

Ku przestrodze - ten wpis będzie nudny jak flaki z olejem dla większości osób nie zaangażowanych w wydażenia tu opisane.

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie…
…śmy pojechali.

Wszystko to dzięki niewątpliwej uprzejmości Kuby (dzięki dobry człowieku), który jechał tam samochodem. Niezwykle wygodna, tania i znacznie szybsza niż autobus podróż. Co prawda musieliśmy podjechać z Katowic pociągiem do Łodzi ale nie nazwałbym tego problemem.

We wszelkich możliwych superlatywach określiłem naszą podróż. Jedyny mankament jaki mogę znaleźć wynika zapewne z mojego wrodzonego pesymizmu. Kuba bowiem należy do “odważnie” jeżdżących kierowców i prędkość inna niż 180 km/h jest mu obca. Waliliśmy więc tymi niemieckimi autostradami tak, że mi momentami serce do gardła podchodziło. Najbardziej podobało mi się w tym wszystkim zmienianie karty sim w telefonie już po polskiej stronie. Oczywiście obowiązkowo przy Kuby ulubionej prędkości. Do tego wszystkiego należy dorzucic gwałtowne pogorszenie jakości autostrady. Dziury i garby na asfalcie były takie, że czekałem tylko aż nam podwozie urwie.

Pomimo mojej pesymistycznej wizji z tirami i przydrożnymi drzewami w roli głównej szczęśliwie dotarliśmy do Katowic. Pierwsze co mnie powitało to widok kupy na chodniku. Poczułem, że jestem w domu. Potem jeszcze tłumy bezdomnych na pięknym katowickim dworcu. Wyobraźcie sobie starego dziada śpiącego pod automatem do kawy. Chyba, że to taki nowy system. Wrzuca się 2 zł a dziadek wstaje i idzie ją zaparzyć. Oczywiście przy kasie można poćwiczyć asertywność i stanowczość dzięki przemiłym żebrakom chciwie patrzącym na wydawaną resztę z biletu. Nie mogąc tego zdzierżyć i mając godzinę do pociągu poszliśmy poszukać jedzenia. Wstąpiliśmy do czegoś co miało czelność zwać się pizzerią. Oczywiście było beznadziejne i pizza przypominała gruby omlet z odrobiną sera, polany z lekka keczupem. Prawdziwy rarytas i jedynie 12 zł. Pierwszy głód jednak zabiliśmy kupując to badziewie na pół. Następnie pędem rzuciliśmy się w poszukiwaniu sklepu nocnego aby zakupić piwko na drogę. Zdążyliśmy ze wszystkim praktycznie na styk. W pociągu zaś tłumy młodzieńców jadących do wojska. Wiadomo, teraz wszyscy będą w wojku, szkoda, jeszcze niedawno byli w salonie Pegaute.

Nawet jak sobie teraz przypomne ten ostatni etap podróży to się lekko uśmiecham. Bądź co bądź miałem za moment zobaczyć dziewczynę. Co więcej wpadłem na diabelski plan aby jej nie mówić, że przyjeżdżam. Udało się, do ostatniej chwili myślała, że jestem w Danii. Warto było zobaczyć takie radosne zaskoczenie.

Cały ten wyjazd można podsumować tak: był cudowny i zdecydowanie za krótki. Te 2 dni gdzieś zwyczajnie zniknęły. Nawet nie miałem czasu pozałatwiać pewnych istotnych spraw. Za to wszedłem na wydział i poczułem się jak w domu. Na seminarium u Śmietańskiego znajome gęby i luźna atmosfera. I w tym wszystkim Tomgam pełen słomianego zapału do zrobienia magisterki. Szkoda, że nas nie ma w Polsce. Napisalibyśmy w te durną magisterkę w grupie 3-osobowej (taki żart). Wieczorem zaś byliśmy w czwórkę (Ja i Ania oraz Tomgamy) na piwku w Zapiecku. Po raz pierwszy poczułem wyraźny sens picia droższego piwa za to w znacznie milszym miejscu. Ten zapiecek to chyba jeden z milszych akcentów tego wyjazdu. Przypomniał mi coś czego w Danii nie mam i za czym zaczynam silnie tęsknić. Nie wiem czy jeszcze nie umiemy (nie stać nas) bawić się tak w okolicznych przytulnych pubikach czy takich pub’ów tu po prostu nie ma. Z pewnością nie ma tych ludzi z którymi mógłbym przegadać cały wieczór i wypić beczkę piwa.

Wszystko się skończyło szybko co oczywiście nie dziwi. We wtorek Włos ustalił z Kubą termin wyjazdu - środa, 16:00 z Katowic. Cóż było robić, wpakowaliśmy dupska w pociąg o 11:50 i pojechaliśmy z ciężkim sercem. Na miejscu przezornie poszliśmy na piwo. Wszak Kuba nie mógł być punktualnie. Jednak to co się dalej zdażyło przeszło nasze najśmielsze wyobrażenia. Gdy bowiem po godzinie czy dwóch wydzwaniania do Kuby odebrał telefon był wyraźnie zaskoczony co my w tych Katowicach już robimy. Zapowiedział, że wg jego ustaleń ma być na 22:00 i może jedynie postarać się być wcześniej. Cóż było robić, ręce nam opadły. Zimno, cimno i do domu daleko. Chlaliśmy piwa w tej wstrętnej pizzerii i kombinowaliśmy jak tu przewegetować. W końcu przenieśliśmy się do okolicznego Sphinxa by tam zjeść niewiele lepszą pizze i dowiedzieć się, że Kubie zginął paszport więc jedzie na Policje. Powoli zacząłem się zastanawiać czy nie trzeba biec na dworzec i zaklepać sobie jakieś dobre miejsce pod automatem do kawy. Jakoś się jednak udało i przed północą wyjechaliśmy z pięknych Katowic. Nie chcę jednak myśleć o tym ile rzeczy mogliśmy zrobić przez te 8 straconych godzin

W drodze powrotnej Włos usiadł za kółkiem. Oj miałem stracha. Ale musze gościa pochwalić, jechał po raz pierwszy od zdania prawka (co też było dość dawno) a dał sobie rade jak należy. Tak czy inaczej wszyscy żyjemy

P.S.
W poniedziałek w nocnym autobusie spotkaliśmy wracając z Anią od mojego ojca Włosa z Olą. Zdecydowanie iracjonalne zdarzenie. Nie dość, że go mam tu już 2 miesiące non stop to jeszcze w ciągu tych dwóch dni musieliśmy się spotkać.

Sesja w Danii

Category: Duński dziennik
Date: October 25th, 2006

Po powrocie do Danii rzuciliśmy się w wir roboty. Mieliśmy jakieś 24 godziny na napisanie projektu z P2P (deadline - piątek godzina 12:00). Pewnie by nic z tego nie wyszło gdyby nie Caleb, który dzielnie pisał podczas naszej nieobecności. W sumie poszło dość gładko. Następnego dnia dostaliśmy maila z potwierdzeniem zaliczenia. Program się facetowi podobał i już. Rozluźniło to nieco atmosferę przed wtorkowym egzaminem.

Sam egzamin zapowiadał się niezwykle prosto od momentu gdy dostaliśmy zaledwie sześć tematów do opracowania.

  1. Routing in P2P networks
  2. Unstructured P2P networks
  3. Structured P2P networks
  4. Applications for P2P
  5. Security and reputation in P2P
  6. Your P2P system (i.e. your P2P exercise)

Czas na referowanie 15 minut, drugie tyle na przygotowanie się do odpowiedzi po wylosowaniu pytania. Cóż, ciężko było się dużo uczyć mając swiadomość jak bardzo mało trudu to wymaga. W sumie więc przebimbaliśmy weekend i poniedziałek poprzedzające egzamin.W dniu egzaminu każdy z nas umiał nieźle połowę temetów a ze dwa bardzo średnio. Warunki egzaminowania bardzo kameralne. Nieduże pomieszczenie oszklone od strony korytarza, w nim biureczko, za biureczkiem nasz wykładowca Bouvin i jego znudzony kompan. Druga osoba jest w Danii wymagana przy wszelkich ustnych egzaminach co by nikt szwindli nie robił. Wchodzi się, rzuca kostką i już wiadomo co jest grane. Bouvin prowadzi w głąb korytarza do sali gdzie można się przygotować. Teraz tylko nudne 15 minut utwierdzania się w przekonaniu, że albo umiemy albo mamy prze…rąbane. Mnie się trafił temat drugi (szczęśliwie). Niestety nie udało mi się mowić przez cały kwadrans. Gdzieś w połowie skończyły mi się pomysły i musiałem zdać się na pytania dodatkowe. I tu pojawił się drobny problem bowiem Bouvin miał fioła na punkcie jednego pytania, które zadawał wszystkim. Oczywiście było to pytanie na które nie byliśmy przygotowani. Ze spuszczonymi oczami przyznałem się, że nie wiem o tym nic. Na szczęście drugie pytanie jakie zadał, będące w sumie tematem nr 3 miałem obcykane. No i co dostałem? Ano 9. Czy to dobrze czy źle trudno oceniać, moim zdaniem nieźle. Caleb dostał to samo a Włos tradycyjnie miał “szczęście” i dostał 8. Tak oto zakończyła się nasza sesja “półsemestralna”.

Dochodzą mnie opininie, że za dużo na tym blogu o piciu i hulankach. O tyle jest to dziwne, że sam mam wrażenie, że strasznie się grzecznie tu prowadzimy i moglibyśmy to zmienić. Może jednak na blogu faktycznie robi się monotematycznie. Wspomnę więc tylko, że piliśmy (a jakże) już we wtorek i było jak najbardziej fajnie. Lila przyszła, upiła się, porozwieszała na klamkach dziwne obrazki po czym uciekła nocnym autobusem. Przemo przyszedł jedynie na pingponga i dwie kolejki. Miał wrócić później z dziewczyną ale nie wyszło. Pewnie cały wieczór byłby nijaki gdyby nie spontaniczna akcja zaprzyjaźniania się z Kenetem jaką zainicjowaliśmy w trójkę z Włosem i Niemcem Oliverem. Ale od początku. Na naszym piętrze panuje jak najbardziej miłą atmosfera. Każdy zna każdego, z każdym można porozmawiać. Wyjątek od tej sielanki stanowi Kenet z pokoju 9. Jest to postać niezykle tajemnicza, przemyka cichaczem korytarzami, nie mówi nikomu cześć. Zamyka się w swoim pokoju i nie chce z niego wychodzić. Praktycznie nikt z nim nie rozmawia. Tak się jednak stało feralnej wtorkowej nocy, że mieliśmy dobry nastrój i postanowiliśmy coś w tej sprawie zrobić. Nic to, że była 4 nad ranem. Zapukaliśmy do Keneta i zaprosiliśmy go na pogaduchy do stołu. Jak się okazało chłopak mówi, co więcej sprawia wrażenie całkiem normalnego. Nie trzyma się to kupy ale żekomo jest nieśmiały bo słabo zna angielski. Nieźle nas to ubawiło bo mówił zupełnie płynnie a jeśli ktoś na tym piętrze ma z tym poważne problemy to francuz Nicolas. Udało nam się więc ustalić, że Kenet uczy się elektroniki w czymś w rodzaju technikum. Cóż i to chyba tyle co o nim wiemy. Może więcej uda się dowiedzieć przy następnej okazji.

Sratatata - brak temata

Category: Duński dziennik
Date: October 27th, 2006

Czwartek.
Kupiliśmy kabel do podłączenia komputera do telewizora. Wszystko działa perfekcyjnie. Może zainicjujemy regularne wieczorki filmowe? Będzię jednak problem z doborem repertuaru. Caleb forsuje filmy cokolwiek ciężkawe momentami. Puściliśmy za jego namową Brazil i w efekcie całość obejżał chyba tylko on.

Piątek.
Włos miał egzamin. Miał oczywiście również “szczęście” i wylosował jedyne pytanie, którego nie opracował. Pogoda się schrzaniła do reszty. Wieje jak diabli. Musiałem pojechać do International Secretariat i myślałem, że mnie wywróci z tym rowerem przy co lepszych podmuchach. Czapka i rękawiczki robią się wysoce wskazane. Oliver zrobił trzecią imprezę z okazji swoich urodzin. To się nazywa właściwe wykorzystanie okazji. Było niezłe jedzenie i jeszcze lepsze niemieckie piwo. Niedopisali tylko (z naszego punktu widzenia) goście. Wszyscy niestety byli ziomkami jubilata i szwargolili coś po swojemu. Muzyka jaką forsowała koleżanka Olivera też troche męczyła (szczególnie tak głośna) i koniec końców zawinąłem się do pokoju.