Piątko-soboto-niedzielo-poniedziałek
Category: Duński dziennikDate: October 2nd, 2006
Cholera! Włos ubiegł mnie znacznie w opisie piątkowo-sobotnich wydarzeń. Trzeba to szybko nadrobić. Przejdźmy od słów do czynów. Chciałbym powiedzieć kilka słow…
W piątek szykowała się imprezka na Skolhoju (tak mniej więcej to się czyta). Jest to inny kompleks akademików niedaleko stąd. Jakieś 15 minut na piechotę. Jedynym naszym łącznikiem, że tak powiem wtyczką, była Lila. Długo nie mogliśmy się zdecydować czy chcemy tam iść czy nie. Dopadło nas bowiem bardzo tu powszechne lenistwo. Kto wie czy byśmy poderwali nasze tyłki gdyby nie Henry. Pojawił się nagle po 2 dniach nieobecności. Opowiedział, że cały ten czas imprezował. Gdy tylko usłyszał zaś, że mamy nagraną jakąś imprezke zapytał czy może nam towarzyszyć. Mocno nas tym zmobilizował. Strzeliliśmy po 2 browary, rozrobiliśmy wódeczkę i już byliśmy gotowi. Po drodze Henry kupił jeszcze dwie siatki piwa, które cierpliwie tachałem na plecach. Wypadałoby opowiedzieć teraz nieco jak ten Skolhoj wygląda. Po pierwsze jest chyba bardziej na uboczu. Być może jednak szliśmy od zadupiastej strony. Wszystko oglądaliśmy w nocy, trudno ocenić jak to wygląda za dnia. Moje wrażenia są jednak takie, że teren jest znacznie większy. Budynków jest więcej i są duże w porównaniu z naszymi bloczkami. Są również znacznie ciekawsze architektonicznie. Podczas gdy my mamy zwykłe pudełka tam mieli spadziste dachy i naprawde zaskakujący układ korytarzy w środku. Przy czym wydaje mi się, że pomimo większych rozmiarów piętra nie straciły swojej przytulności. Nie chcę wdawać się tu w szczegóły bo przyznam szczerze nie zwiedziłem tego miejsca na tyle aby złapać ogląd na całość. Wrażenie jest jednak bardzo pozytywne a z opowieści wiemy, że jest tam znacznie weselej niż u nas.
Sama impreza była zainicjowana przez niejakiego Artura. Wyjeżdżał na troche (po prawdzie to chyba ledwo ze dwa tygodnie) do Polski i wydało mu się to nadzwyczajne na tyle aby znależć w tym powód do picia. Na miejscu było jeszcze ze trzech Polaków. Dwóch z nich zdecydowanie nie wyglądało wiekiem na studentów. Jak się rychło okazało pracują w Danii w fabryce krewetek. Więcej pewnie mógłby tu opowiedzieć Włos bowiem spędził z nimi zdecydowanie większość czasu. Całość była zwykłą posiadówą przy wódce. Z całą pewnością jednak lepszą od wszystkiego co do tej pory wydarzyło się u nas w akademiku. Gdy zaś sprawa zaczęła przycichać przenieśliśmy się do pobliskiej knajpki. To kolejny przemiły element tego osiedla. Całkowicie studencki i na miejscu pub. Nie znam niestety ceny piwa bo żadnego nie kupiłem. Piłem wstrętnym polskim zwyczajem swoje spod stołu. Była mała zadyma z kolegą Duńczykiem o nieznanym mi imieniu. Przyszedł, zatelepał się w okolicy stołu po czym z pełnym luzem wyrzucił moje toboły leżące na krześle gdzieś pod ściane. Pewnie by było ok gdyby nie to, że prułem się do niego zanim to zrobił aby je zostawił bo są moje. Pewnie nie zrozumiał lub nie usłyszał. Oczywiście skończyło się na szamotaninie, duńczycy nie są agresywni. Gdzieś tam w międzyczasie pojechali rodacy od krewetek. Zrobiło się późno i smętnie. Byliśmy również umówieni następnego dnia na robotę. Zostawiliśmy więc Lilę i Henry’ego i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Taaak… droga powrotna to coś co wymaga oddzielnego akapitu. Dotarłszy do ulicy staneliśmy przed nielada dylematem. W lewo czy w prawo. Sprawa nie była prosta bo zdania były podzielone i nadzwyczaj niepewne. Z żalem przyznaje się do bycia autorem wersji z której skorzystaliśmy. Noc byłą naprawde urokliwa a my mieliśmy już nieźle w czapie. Zamiast trzymać się asfaltu skręciliśmy z drogi by podążyć czymś co zdawało się być świetnym skrótem. Pełni przekonania, że zdążamy we właściwym kierunku mijaliśmy dziwne ścieżki, place zabaw, domy mieszkalne. W Polsce teren taki mógłby z powodzeniem uchodzić za park. W Danii to normalne tereny mieszkalne na obrzeżach miasta. Włos co chwila pokładał się znurzony imprezą i wydłużającą się drogą. W końcu stwierdziliśmy zgodnie, że ni cholery nie wiemy gdzie dalej. Nieco podłamani zaczepiliśmy siedzących w wyłączonym samochodzie chłopaszków, na oko typowych mieszkańców ghetta na Brabrandzie. Troche wyglądali jakby nas chcieli zrobić w konia, proponowali nawet, że jak im zapłacimy to nas podwiozą. W końcu jednak pokazali nam kierunek. Pełni nadziei poszliśmy w te strone i…. wróciliśmy dokładnie do punktu wyjścia. Poczuliśmy się jak w BlairWitch Project. Nie poddaliśmy się jednak zabobonom i tym razem poszliśmy w drugą stronę. Bardzo szybko okazało się, że słusznie. W ciągu 10 minut byliśmy w akademiku. Wcale nas to nie zdziwiło, że na miejscu byli już Lila i Henry. Zdziwili nas jednak goście siedzący przy stole. Było to 3 zdecydowanie czarnych facetów z Somalii. Znaleźli się podobno na stacji benzynowej. Mieli ze sobą patyki z których obdzierali korę i namiętnie ją żuli. Zachwalali to jako świetny patent na dobry humor. Innymi słowy jakaś używka. Nie powiem, spróbowałem i nic. Poza tym, że poczułem się jakbym żuł patyk. Nie sprawiło mi to jednak tyle radości aby wprawić mnie w dobry humor. Może to dlatego, że wcale mi go nie brakowało. Trochę się chlało, troche gadało, głownie już chyba jednak bez sensu. Czarni męczyli Włosa o kogoś sławnego kto niby miał być z Polski. Szukali coś w google, została z tego pamiątka w postaci zapisanej róznymi wersjami imienia karteczki. Z innych pamiątek pozostał upierdzielony stól pełen niedopitych puszek piwa, pełnych petów popielniczek i wszelakich śmieci, które złośliwie nie chciały same iść się wyrzucić. Ranek przywitał nas bólem głowy…
A wstać trzeba było. Wszak czekała praca. Budzik miałem nastawiony na 12:00. Wstałem o tej godzinie jedynie po to aby wziąć apap, umyć zęby i położyć się jeszcze na godzinke spać. Później tylko kawa, drugi apap i mogliśmy jechać. Nasze miejsce kontaktowe okazało się być kiermaszem charytatywnym. Wygląda to tak, że w hali wyglądającej jak magazyn mieszczą się stoiska z przeróżnymi śmieciami. Są to głównie rzeczy, które ktoś oddał bo nie używał, być może również wygrzebane gdzieś już po wyrzuceniu. Trudno ocenić, z duńskiego punktu widzenia kupa tandety. Bajer polega na tym, że do pewnej godziny (w tym przypadku zapewne 14:30) sprzedawcy starają się spieniężyć co się da. Na koniec pieniążki są podliczane i idą na jakiś szczytny cel. Ci którzy uzbierali najwięcej cieszą się najbardziej. Ot taka mini WOŚP. Co robi więc tam nasz biznesman? Otóż to co się nie sprzeda idzie na śmieci. Przykładowo duże ilości mebli, których nikt nie chciał zostały brutalnie połamane i powrzucane do kontenerów. Niewiele lepszy los czeka zapewne sprzęt elektroniczny choć tego nie wiemy na pewno, takich urządzeń nie wolno wyrzucać gdzie popadnie. Na koniec gdy czas się kończy nasz pracodawca przychodzi, kupuje wszystko za bezcen i wysyła do Afryki. Dla ludzi zajmujących się tym kiermaszem to bardzo przyjemna sprawa bo inaczej sami musieliby się z tym męczyć. A tak ktoś przychodzi, wynosi wszystko i problem z głowy. Naszym zadaniem było więc np. opróżnienie regałów pełnych szkła i ceramiki i upakowanie tego w pudła. Duńczyka nie obchodziło specjalnie jak to jest spakowane. Myśle, że jeśli tylko 70% przedmiotów przetrwa podróż będzie on usatysfakcjonowany. Do tego doszło jeszcze troche telewizorów, kolumn, magnetofonów, kilka worków ciuchów i diabli wiedzą co jeszcze. Wszystko to pakowaliśmy do jego samochodu i woziliśmy na położone niedaleko złomowisko gdzie stały jego 3 kontenery. Wyglądały koszmarnie, zupełnie jakby spadły z kilkudziesięciu metrów. Miały wgniecenia głębokie na więcej jak pół metra, często nawet wybite dziury. Najwidoczniej to niczemu nie przeszkadzało. Najważniejsze było aby poukładać te graty jak najciaśniej. Na pare rzeczy mocno zaczeliśmy się ślinić. Przykładowo na te jego kolumny. Bardzo nam tu brakuje w akademiku muzyki. Dźwięk z laptopów jest obrzydliwy. Spytaliśmy więc zaczepnie czy by nam nie odsprzedał czegoś. I tu miłe zaskoczenie. Powiedział, że możemy sobie wziąć co chcemy. Mamy więc 2 pary kolumn Pioniera, stary ale grający wzmacniacz firmy Fona i następny rower. Wszystko to z dostawą do domu. W pracy gasiliśmy pragnienie piwem na jego koszt. Zarobek też nie był bagatelny jak na to ile pracowaliśmy (5,5 godziny). Jednym słowem bajka. Szkoda, że tylko raz na trzy tygodnie będzie taka robota. Jednak jeśli tylko facet do nas zadzwoni idziemy jak w dym!
W niedzielę Włos miał urodziny. Coś jeszcze? Nawet jeśli, nie pamiętam. Podobnie atrakcyjny wydaje się dzisiejszy dzień. Wszystko dlatego, że piątek i sobota były tak pełne wrażen. Ach… udało mi się odpalić ten wzmacniacz. Mam co prawda kabelek zrobiony na “patrz na mnie ale nie rusz mnie”. Bardzo pomocne były tu patyczki do uszu Caleba. Gra w każdym razie aż miło. Puszczam swoją ulubioną muzyke również sąsiadom. To naprawde miłe dzielić się z innymi.