Relacja z piątkowego wypadu na miasto
Hoho… ale się działo. Mamy wręcz straty w ludziach. Ale od początku. Umówiliśmy się z Przemkiem i Lilą pod naszym wydziałem. Za radą Caleba, że w dobrym tonie jest się trochę spóźnić pojawiliśmy się godzinę później. Na miejscu okazało się, że nasi znajomi się nie nudzili i siedzą na imprezie dla informatyków. Coś takiego jest organizowane w każdy piątek więc było jak znalazł. Sami też przyłączyliśmy się więc do “zabawy” (informatycy bawią się specyficznie, szczególnie w Danii). Jak przystało na imprezowych wyjadaczy spędziliśmy z godzine (jeśli nie więcej) grając w trambambulę. Ponieważ jednak bieganie po boisku męczy (szczególnie jedenastką piłkarzy) a wciąż mieliśmy zamiar iść na festiwal, pozbieraliśmy bambetle i poszliśmy do parku. Tam na bardzo miłej ławeczce spijaliśmy nasz przetestowany już kilkukrotnie wynalazek: wodeczkę rozrobioną z herbatką w proszku Włosa. Impreza powoli zaczęła nabierać tempa. Przy którymś siku (bodajże Włosa) została zlokalizowana zapoznawcza impreza duńskich studentów. Pasowaliśmy tam jak pięść do nosa bo wszyscy byli tam poprzebierani za jakieś diabełki i aniołki. Poza tym po chwili przenieśli się do sali gdzie wpuszczali tylko na bilecik. Na pocieszenie zaprzyjaźniliśmy się więc z wózkiem na zakupy - Panem Rakietą. Co prawda Caleb może mieć do niego pewien żal bo zaraz na początku znajomości Pan Rakieta się wywrócił (pewnie coś pił) i pociągnął Caleba za sobą. Nic się jednak strasznego nie stało. Posiedzieliśmy jeszcze chwilkę przy butelce Żubrówki i ruszyliśmy na miasto. Festiwal jak festiwal… troche muzyki, troche młodzierzy, fastfood i dużo piwa. Było dość miło niestety Włos zatęsknił za parkiem więc solidarnie stwierdziliśmy, że wracamy. Niestety musieliśmy zostawić nasz ukochany wózek. Może kiedyś się jeszcze z nim spotkamy. Do parku nie dotarliśmy. Po drodze bowiem znaleźliśmy rower z odkręconym kołem. Rowerów za bardzo nie mamy więc postanowiliśmy go wziąć - a może się coś da z niego zrobić. Nie muszę chyba mówić, że prowadzenie roweru bez przedniego koła jest dość uciążliwe, o jeździe nie wspomnę. W międzyczasie zwinął się Przemek a nam zaświtała myśl aby iść do Shonan (taki budynek naszego uniwersytetu) gdzie są dostępne całą dobę sale komputerowe dla studentów. Piękne miejsce aby tam się przespać gdy do domu daleko. Niestety, rozbieżność poglądów i problemy komunikacyjne (Włos już powoli tracił słuch i pruł do przodu bez opamiętania) sprawiły, że ja i Caleb zrezygnowaliśmy z dalszych przygód i wróciliśmy grzecznie do domku. I to chyba na tyle moje dzieci. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie… prawie. Jak wspomniałem na początku mamy straty w ludziach. Włos niedawno wyszedł z pokoju (wrócił chyba gdzieś nad ranem jak spaliśmy) i wygląda źle. Zastanawiamy się czy nie podać mu dożylnie kefirku i nie przepisać setki wódki co 5 godzin przez najbliższe 2 dni. Obawiamy się również o naszą sytuację na wydziale bowiem Włos wracał, jak twierdzi, samochodem człowieka, który ma na wydziale gabinet. Nie trzeba być Sherlockiem aby stwierdzić, że jest to jakiś pracownik. Strzępki informacji jakie przekazuje Włos (nie zapominajmy, że jego stan jest krytyczny) wzmagają nasze obawy. Nasz rower ma bowiem stać obecnie w gabinecie Duńczyka (żeby go nikt nie ukradł) a Włos jechał chyba jego samochodem trzymając kurczowo nasze zdobyczne koło, dętkę i oponę (każda część oddzielnie). Jak sobie to wizualizuje to mi skóra cierpnie. Wszystko jednak wyjdzie w praniu. Co będzie dalej czytajcie w następnym odcinku.