Archive for September, 2006

Tragedia w Aarhus - troje Polaków pozbawionych internetu

Category: Bez kategorii, Duński dziennik
Date: September 1st, 2006

No i stało się. Drogie dzieci - Lestat nie będzie miał netu w akademiku przez “cholerawieile” czasu. Jedyna możliwość to siedzenie na uczelni. A to nie jest zbyt wygodna sprawa bo do domu daleko. Także bardzo mi przykro ale ani ja ani Włos i Caleb nie będziemy obecni w internecie wieczorami. Nie płaczcie jednak za nami Wy wszystkie kobiety tak stęsknione naszego towarzystwa. Gdzieś tam tli się nadzieja, że w glorii i chwale powrócimy za czas jakiś. Ja ze swej strony mogę obiecać skrobanie czegoś w domciu i wrzucanie tego od czasu do czasu tu na bloga gdy się okazja nadarzy.

Dzisiaj festiwal w Aarhus

Category: Duński dziennik
Date: September 1st, 2006

Poleźliśmy na 9:00 na Compiling. Włos i Caleb nie chcą się specjalnie angażować w ten przedmiot, ja spróbuję. To będzie spore wyzwanie ale pozostawiłem sobie drogę ucieczki. Ustaliłem z wykładowcą, że chciałbym mieć możliwość wycofania się i w związku z tym zamierzamy utworzyć grupę czterosobową (powinny być trzy). Kto jeszcze będzie w grupie? Przemek i Liliana, dwoje polaków studiujących (choć nie w ramach wymiany) na naszym wydziale. To bardzo miła sprawa, że pomimo iż Włos z Calebem się wycofali będę w grupie z Polakami. Inaczej pewnie bym zrezygnował. Czwartej osoby jeszcze nie ma ale coś się wymyśli.

Z okazji netowej katastrofy w akademiku postanowiliśmy posiedzieć chwilę w tutejszej sali komputerowej co właśnie czynimy. Na dzisiaj plany sa już ustalone. Na 17:00 przyłazimy pod wydział z butelką wódeczki i nastawieni na ostrą imprezkę. Będziemy partycypować w Aarhus Festival. Bylebyśmy dali radę wrocić do domu przez naszą jakże przemiłą okolicę.

Relacja z piątkowego wypadu na miasto

Category: Duński dziennik
Date: September 2nd, 2006

Hoho… ale się działo. Mamy wręcz straty w ludziach. Ale od początku. Umówiliśmy się z Przemkiem i Lilą pod naszym wydziałem. Za radą Caleba, że w dobrym tonie jest się trochę spóźnić pojawiliśmy się godzinę później. Na miejscu okazało się, że nasi znajomi się nie nudzili i siedzą na imprezie dla informatyków. Coś takiego jest organizowane w każdy piątek więc było jak znalazł. Sami też przyłączyliśmy się więc do “zabawy” (informatycy bawią się specyficznie, szczególnie w Danii). Jak przystało na imprezowych wyjadaczy spędziliśmy z godzine (jeśli nie więcej) grając w trambambulę. Ponieważ jednak bieganie po boisku męczy (szczególnie jedenastką piłkarzy) a wciąż mieliśmy zamiar iść na festiwal, pozbieraliśmy bambetle i poszliśmy do parku. Tam na bardzo miłej ławeczce spijaliśmy nasz przetestowany już kilkukrotnie wynalazek: wodeczkę rozrobioną z herbatką w proszku Włosa. Impreza powoli zaczęła nabierać tempa. Przy którymś siku (bodajże Włosa) została zlokalizowana zapoznawcza impreza duńskich studentów. Pasowaliśmy tam jak pięść do nosa bo wszyscy byli tam poprzebierani za jakieś diabełki i aniołki. Poza tym po chwili przenieśli się do sali gdzie wpuszczali tylko na bilecik. Na pocieszenie zaprzyjaźniliśmy się więc z wózkiem na zakupy - Panem Rakietą. Co prawda Caleb może mieć do niego pewien żal bo zaraz na początku znajomości Pan Rakieta się wywrócił (pewnie coś pił) i pociągnął Caleba za sobą. Nic się jednak strasznego nie stało. Posiedzieliśmy jeszcze chwilkę przy butelce Żubrówki i ruszyliśmy na miasto. Festiwal jak festiwal… troche muzyki, troche młodzierzy, fastfood i dużo piwa. Było dość miło niestety Włos zatęsknił za parkiem więc solidarnie stwierdziliśmy, że wracamy. Niestety musieliśmy zostawić nasz ukochany wózek. Może kiedyś się jeszcze z nim spotkamy. Do parku nie dotarliśmy. Po drodze bowiem znaleźliśmy rower z odkręconym kołem. Rowerów za bardzo nie mamy więc postanowiliśmy go wziąć - a może się coś da z niego zrobić. Nie muszę chyba mówić, że prowadzenie roweru bez przedniego koła jest dość uciążliwe, o jeździe nie wspomnę. W międzyczasie zwinął się Przemek a nam zaświtała myśl aby iść do Shonan (taki budynek naszego uniwersytetu) gdzie są dostępne całą dobę sale komputerowe dla studentów. Piękne miejsce aby tam się przespać gdy do domu daleko. Niestety, rozbieżność poglądów i problemy komunikacyjne (Włos już powoli tracił słuch i pruł do przodu bez opamiętania) sprawiły, że ja i Caleb zrezygnowaliśmy z dalszych przygód i wróciliśmy grzecznie do domku. I to chyba na tyle moje dzieci. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie… prawie. Jak wspomniałem na początku mamy straty w ludziach. Włos niedawno wyszedł z pokoju (wrócił chyba gdzieś nad ranem jak spaliśmy) i wygląda źle. Zastanawiamy się czy nie podać mu dożylnie kefirku i nie przepisać setki wódki co 5 godzin przez najbliższe 2 dni. Obawiamy się również o naszą sytuację na wydziale bowiem Włos wracał, jak twierdzi, samochodem człowieka, który ma na wydziale gabinet. Nie trzeba być Sherlockiem aby stwierdzić, że jest to jakiś pracownik. Strzępki informacji jakie przekazuje Włos (nie zapominajmy, że jego stan jest krytyczny) wzmagają nasze obawy. Nasz rower ma bowiem stać obecnie w gabinecie Duńczyka (żeby go nikt nie ukradł) a Włos jechał chyba jego samochodem trzymając kurczowo nasze zdobyczne koło, dętkę i oponę (każda część oddzielnie). Jak sobie to wizualizuje to mi skóra cierpnie. Wszystko jednak wyjdzie w praniu. Co będzie dalej czytajcie w następnym odcinku.

Niedziela

Category: Duński dziennik
Date: September 3rd, 2006

Włos przeżył. Tak naprawdę wyglądał jak nowonarodzony już po paru godzinach snu. Reszta dnia przeleciała bez większych rewelacji. Z ciekawostek mamy nowych ludzi na piętrze. Francuza o wzroście “metr sześćdziesiąt w kapeluszu” i angielskim, który pozbawił nas wszelkich kompleksów. Duńczyka o którym wiem tylko tyle, że się dzisiaj wprowadził i mnie obudził ciągłym otwieraniem i zamykaniem przesuwnych drzwi od szafy. Duńczyk jest młody szczaw i pewnie będzie się alienował ale Francuz wygląda na fajnego gościa. Wzięliśmy się za robotę. Próbujemy napisać zadany na przyszły tydzień programik. Caleb już się zmęczył i chce grać w Doom’a. Czyli wszystko po staremu.

(Parę godzin poźniej)

Caleb pograł w Doom’a i wziął się za poważne sprawy, postanowił się napić. Ech… zaczynam mieć obawy o progres w naszej edukacji. Bez odbioru.

Pranie na Brabrand

Category: Duński dziennik
Date: September 3rd, 2006

Zrobiliśmy pranie! To dopiero było niesamowite doświadczenie. Mamy specjalne karty na które ładujemy pieniądze (100 lub 200 koron). Pieniążki są odciągane razem z najbliższą opłatą za akademik. Z tak naładowaną pieniązkami kartą można już prać ile dusza zapragnie. Jedno pranie to 9 dkk, suszenie kosztuje w zależności od czasu. Wszystko obsługuje się z komputerka z dotykowym ekranikiem. Szkoda tylko, że napisy są po duńsku. Mamy w każdym razie czyste skarpetki co jest dobrą wiadomością dla naszego otoczenia i dla nas samych. Oglądaliśmy również (choć jednym okiem i na raty) Ojca Chrzestnego. W poniedziałek będzie druga część.

Była sobie imprezka :(

Category: Duński dziennik
Date: September 4th, 2006

Daliśmy dupy na całego. Dzisiaj był jakiś specjalny wieczór dla studentów z Erazmusa i niestety nikt nas nie poinformował. Dowiedzieliśmy się dopiero z relacji Francuzika, który miał lepszych informatorów. Sprawa jest o tyle smutna, że przeleciało nam darmowe jedzonko, piwko i zapewne pare przyjemnych atrakcji. Smutna sprawa.

Wtorek… (zaczynam mieć problem z wymyślaniem tematów)

Category: Duński dziennik
Date: September 6th, 2006

Byliśmy na drugich zajęciach z Computer Networking. Przyszedł inny człowiek, niestety zmianę oceniam na minus. Ciężko go było zrozumieć i mial nowiusieńkie buciki, które kuriozalnie skrzypiały przy każdym jego kroku. A ponieważ należał do ludzi ruchliwych wprawiał mnie w okrutne (choć zaskakujące) rozdażnienie. Przetestowałem, że można się bez problemu łączyć z netem na auli. Jest wszystko co trzeba: gniazdko do netu i prądu. Jak ktoś ma wifi i dobrą baterie to może sobie pogrzebać w sieci bez żadnych kabli, w całym budynku jest sieć bezprzewodowa. Jednym słowem nowoczesność w domu i zagrodzie. Biedny student nie musi już grać w kropki, rysować komiksów czy dłubać w nosie na nudnych wykładach. Może sobie popodrywać gówniary na czacie albo zagrać partyjke swojej ulubionej gry (czyli oczywiście Quake’a). Wieczorem wyszliśmy na miasto. W ?Student Aarhus? odbywała się cotygodniowa impreza dla (teoretycznie) studentów z wymiany. Fajnie to tam nie było bo piwo po 12zł (i to już przy zniżce) i zdecydowanie za dużo Duńczyków. Nawet frontman przygrywającej kapeli zagadywał publikę po duńsku. Ach… i mieli trambambule za całe 5 koron. Rozbój w biały dzień, wszak u nas na wydziale jest za darmola. Poza tym nic się tam nie działo, od taki zwyczajny wypad do pubu. Wracaliśmy taksówką. Największą jaką miałem kiedykolwiek okazje. Po prawdzie to był taki bus. Ale w praktyce się opłaciło bo wrociliśmy za cenę jednego piwa (tego za 12 zł). Na miejscu dobiliśmy się wódeczką. W sumie nie miał to większego sensu ale kto mówi, że w ogole picie ma jakiś sens.

Aukcja policyjna - wielki sukces naszej paczki.

Category: Duński dziennik
Date: September 6th, 2006

Hurrrraaaa! Mamy rowery. Byliśmy na aukcji i wróciliśmy z tarczą. Ale od początku bo ta aukcja to chyba dość ciekawa sprawa. Wszystko zaczęło się o 12. Pojechaliśmy tam z Włosem i Nicolasem. Caleb z Ianem dotarli po drodze. Warto tu nadmienić, że aukcja choć niby policyjna nie odbywała się na terenie żadnego komisariatu i po prawdzie to nikt tam nie wyglądał na policjanta. Byliśmy raczej wcześnie i przez moment zdawało się, że chętnych jest niewielu. Jednak pare minut przed 12 pod wejściem do swego rodzaju piwnicy gdzie się cała ta impreza odbywała był już całkiem niezły tłum. Po wejściu opadły nam szczęki. Rowerów było prawie 300. I godzinka na to żeby je obejżeć. W dodatku były ztłoczone w paru rzędach na bardzo małej powierzchni, jeden koło drugiego. Bardzo często nie można było nawet sprawdzić czy hamulce działają bo kierownice były przedziwnie posplatane ze sobą. Duża część to był zwykły złom. Tych lepszych było na tyle mało, że obawialiśmy się o ceny. Ludzie łazili sobie po nogach, tłok jak cholera. Spotkaliśmy paru Polaków. Nawet dwóch z naszego wydziału choć nie wiem czemu ich do tej pory nie widzieliśmy. W końcu aukcja się zaczęła i oczywiście prowadzący ją człowiek mówił głównie po duńsku. Niby coś tam wytłumaczył na dzień dobry, niby czasem podał cene po angielsku ale przez większość czasu nie było wiadomo nawet który rower jest licytowany. Gdyby nie Ian mielibyśmy duże problemy. Pierwszy rower (numer 11) kupiliśmy bardzo szybko. Poszedł za 450 dkk. Co prawda doliczyć należy 25% jakiegoś durnego podatku ale i tak cena wydaje się rozsądna bo rowerek jest niczego sobie. Drugi rower natomiast to kompletny zbieg okoliczności. Ian, który licytował dla nas wybrane numery rowerów w pewnym momencie źle zrozumiał sytuacje i myślał, że wystawiony na widok rower jest właśnie licytowany a cena była bardzo okazyjna (chciał go zasadniczo dla siebie). Wylicotował i sie zdziwił bo tak naprawde wygrał rower bez przedniego koła. Sprawa jakkolwiek komiczna nie jest wcale dla nas taka zła bo cena tego wybrakowanego egzemplarza wyniosła 150 dkk a koło w sumie mamy. Poza tym reszta roweru prezentuje się zdecydowanie powyżej panującej tam przeciętnej. Francuz Nicolas też się nie obijał. Sam wylicytował za 450 dkk jeden z pierwszych niezłych rowerów. Nieźle nas tym zaskoczył bo wyglądał na całkiem niezorientowanego w sytuacji.

Francuz miał pecha jakich mało. Pojechał sobie załatwic numer CPR (taki duński pesel) swoim nowiutko zakupionym rowerem, wszedł na kilkanaście minut na stołowkę i zgadnijcie co? Zapewne już wiecie bo przecież jesteście z Polski. I każdy Polak wie co się w takich sytuacjach dzieje. Gdy nasz biedny Nicolas wyszedł na zewnątrz po rowerze nie było śladu. Nic tylko jakiś nasz ziomek musiał być w pobliżu.

U Ian’a w domciu

Category: Duński dziennik
Date: September 7th, 2006

Wow… Ian (nasz mentor) to jednak niesamowicie miły człowiek. Umówiliśmy się z nim na 12 na przystanku autobusowym. Ja pojechałem rowerem taszcząc koło na kierownicy, Caleb miał zabrać się autobusem razem z naszym pozbawionym koła rowerem. Plan był świetny, niestety realizacja legła w gruzach przez podłych kierowcow autobusów. Nie chcieli wpuścić Caleba do srodka, bodajże 2 razy pod rząd. Ian postanowil wiec, że ja poczekam a on pojedzie po Caleba. Zostawił mnie samego u siebie w mieszkaniu a żebym się nie nudził włączył mi laptopa z kupą muzyczki. Przesmympatyczna historia.

Wkrótce dotarli razem ze znajdującym się na granicy rozstroju nerwowego Calebem. Żeby praca przebiegała gładko rozpoczeliśmy ją od piwka. Przy okazji dzięki Ian’owi mamy możliwość spróbowania troche lepszych browarów niż te które sami pijemy. Pewnie byśmy ich w życiu nie kupili bo są jednak 3 razy droższe a nawet lepiej. Gdzieś tam w międzyczasie pojawił się Włos dzielnie studiujący mądre rzeczy od rana. Mogliśmy więc przystąpić do dzieła tworzenia. Jak to wyglądało i którą śrubkę czy jakie zębate kółeczko odkręcaliśmy opisywać chyba nie ma potrzeby. Warto natomiast zaznaczyć, że nasze rowery wyglądają teraz znacznie lepiej. Musieliśmy jednak dokupić łańcuch do tego bez koła (już teraz z kołem). Wywaliliśmy na to całe 100 koron. Ile przepłaciliśmy wie jedynie sprzedawca. Cena miała być bowiem najpierw 75. Po chwili się okazało, że zasadniczo to musimy wymienić pół roweru razem z łańcuchem. Gdyśmy jednak stanowczo zaoponowali łańcuch zdrożał (oficjalnie za 75 to był inny niepasujący).

Po dobrze wykonanej robocie po raz kolejny Ian zaskoczył nas swoja gościnnością zapraszając nas na jedzonko. Przy tej okazji zaznajomiliśmy podniebienia z typowym kanapkowym patentem duńczyków. Jest to znana wszystkim z fastfood’ów prażona cebulka i pewien specyficzny rodzaj sosu do kanapek. Coś jakby taki majonez. Z całą pewnością jest to pyszne. Kupiliśmy już sobie taki zestaw.

Warto tu nadmienić, że charakter Ian’a nie jest typowo duński. Ale też i on sam jest made in Canada. Dokładne koneksje rodzinne są u niego dość zagmatwane. Zasadniczo siedzi w Danii ale urodził się w Kanadzie. Nie liczcie jednak na tak miłe gesty ze strony rodowitych Duńczyków.

Nuudy…

Category: Duński dziennik
Date: September 8th, 2006

Tego dnia naprawde nic się specjalnego nie wydarzyło. Od rana compiling. Ledwo na niego dojechałem. Wszystko przez to, że wymyśliłem sobie “skrót”. A w Aarhus coś takiego po prostu nie istnieje. Wpierdzieliłem się w jakieś idiotyczne uliczki. Po chwili nie miałem już pewności czy jade w dobrą stronę. W dodatku miasto to leży na obrzydliwie pofalowanym terenie. Ciągle jakieś górki i dołki. Więc trzeba się nieźle napocić na rowerze jak się źle pojedzie.

Wpadliśmy do lokalnego koordynatora załatwić zmiany w Learning Agreement. Wpadliśmy i go nie zastaliśmy. Za to zostawiliśmy (jezu ile rymów) papiery do podpisania. Caleb z Włosem pojechali załatwić dla naszej paczki karty Student Aarhus. Dzięki nim teoretycznie będziemy mieć tańsze piwko w wybranych pub’ach.
Przyszły nam “permission to stay”, czyli dokumenciki potwierdzające, że nas tutaj chcą. Dopiero teraz możemy się starać o CPR - numer bez którego się tu nie istnieje. Formalności związane z jego uzyskaniem będziemy mogli jednak dopełnić dopiero w poniedziałek. A potem zapewne kolejny tydzień oczekiwań. Innymi słowy nie prędko uda nam się tu znaleźć wytęsknioną robotę na mopie.

Czemu na mopie spytacie drogie dzieci? Bo tu nikogo nie obchodzi, że coś umiemy skoro po duńsku ni w ząb. Tak czy inaczej inni polscy studenci utrzymują, że ze szmaty można przyzwoicie egzystować. Troche to nie tak jak sobie wyobrażałem. Raczej myślałem, że już na dworcu przywita nas pan z firmy IBM i zaprosi do podstawionej limuzyny. No cóż, nie wiedzą co tracą. Kit im w oko.