No to ziuuu…
Niebagatelnym problemem zdaję się być napisanie pierwszego “pamiętnikowego” wpisu. Szczególnie, że względy techniczne pokrzyżowały plany i jest on mocno wyrwany z kontekstu całej tej wyprawy do Danii. To juz ktoryś z rzędu dni, wcale nienajwdzięczniejszy bo pozbawiony znaczących wydarzeń. A opisywać ten (przeszlo już) tydzień będzie wyjątkowo trudno. Choć mam aspiracje się z tym zmierzyć.
Nadchodzący okres zapowiada się niezwykle ciężko i też może zaważyć na prowadzeniu tego bloga. Oto bowiem internet, który w naszym akademiku miał “być i basta” będzie odcięty lada moment. Najgorsze, że nikt nie wie kiedy nastąpi ta przykra chwila. Teoretycznie nowe łącze jest już zamówione ale Dania jest krajem, w którym nic nie dzieje się nagle, może poza deszczem lubiącym zacząć sobie padać kompletnie od czapy i bez zapowiedzi. Ja zaś wychodząc z założenia, że dziś netu już nie będzie przegadałem ze swą kobitą prawie całą noc. Efekt? Mam powieki na zapałki i zero inicjatywy. A jutro trzeba wstać wcześnie na Compiling.
Co to jest Compiling spytacie? Słusznie spytacie bo skąd niby macie wiedzieć skoro to pierwszy treściwy wpis na tej stronie. Jest to jeden z przedmiotów, który radośnie wybraliśmy jeszcze w Polsce do studiowania. Na miejscu nas uświadomili, że studia w Danii wyglądają troche inaczej. Zamiast brać wiele przedmiotów i studiować po łebkach (patrz idiotycznie proste zaliczanie egzaminów w Polsce i zero pracy w ciągu semestru) tutaj każdy student bierze ich mniej za to sposób nauczania zapewnia im rozrywke na wiele dlugich duńskich wieczorów. Problem przedstawię na przykładzie wtorkowego wykładu z Network Protocols and Internetworking. Przemiły brodaty pan przyszedł na aule i rozpoczął wykład od trzech bardzo istotnych dla niego kwestii. Pierwszą było, że nazywa się… tu przepraszam ale nie powtórzę, wszyscy moim zdaniem mówią to samo i przypomina to coś w rodzaju bleble powiedzianego z gembą pełną ziemniaków. Po przedstawieniu się przeszedł do kwestii bardziej interesującej mianowicie przedstawił nam swoją ulubioną książkę i zaproponował, no dobra własciwie kazał, ją kupić (kosztuje ona jedyne 250 zł). W końcu zaś przedstawił nam swój fantastyczny plan na zagospodarowanie nam czasu w weekend byśmy się nie musieli nudzić. Zadał 5 rozdziałów swojej ulubionej książki. W porównaniu z tym co dzieje się na polskich uczelniach to iście szalone temp. Warto tu dodać, że z przedmiotu P2P Networkinkg zadano nam już pierwszy program. I praktycznie wszędzie musimy sobie podobierać grupki wzajemnej adoracji, w których bedziemy klepać nadchodzące atrakcyjne programy.
Reasumując cieszcie się Wy, którzy spokojnie kisicie tyłki czekając na rozpoczęcie polskiego studenckiego roku. Nam tu już dają popalić a pewnie będzie gorzej. Bez odbioru.